Nie boję się, że zostanę wyśmiana. Wiem, że tak będzie. Z całą pewnością znajdą się też osoby, które oburzą się na ten tekst i w tym świętym oburzeniu pomyślą, że grubo przesadzam, że żyjemy w cywilizowanym świecie i dbamy o nasze dzieci. Mam jednak nadzieję, że chociaż kilka osób pomyśli, że „oto zaczynają dostrzegać coś, na co całe życie patrzyli, lecz nigdy nie widzieli”.

Po wystąpieniu Joanny Gierak – Onoszko odbierającej NIKE Czytelników 2020 wiedziałam, że jej książki na pewno nie przeczytam. Nie jestem w stanie i nie chcę tego dźwigać. Potem książka wielokrotnie wpadała mi w ręce, a ja dokładnie tyle samo razy dziękowałam księgarzom i wybierałam coś innego. W końcu jednak poddałam się i „27 Śmierci Toby’ego Obeda” trafiło na moją półkę, a po jakimś czasie zdobyłam się również na odwagę, żeby się z nimi zmierzyć. Nie było łatwo. Nie miałam siły i, jak się potem okazało, tak jak większość czytelników, musiałam dzielić lekturę na mniejsze porcje. Nie byłam w stanie czytać o rdzennych dzieciach Kanady na siłę odbieranych rodzicom, zamykanych w szkołach z internatem, wykorzystywanych seksualnie, systemowo i przez dziesięciolecia poddawanych torturom. Były momenty, kiedy nie dawałam rady, niektóre fragmenty po prostu omijałam. A jednak jakaś siła kazała mi wytrzymać i doczytać do końca, a teraz jakaś siła każe mi o tej książce napisać.

Joanna Gierak – Onoszko – fot.www.wyborcza.plfot.www.wyborcza.pl

Opowieść o przemocy

Nie pamiętam dokładnie kiedy poczułam niepokój. W pewnym momencie ta książka przestała być dla mnie opowieścią o Kanadzie a zaczęła być książką o przemocy fizycznej, psychicznej, symbolicznej, instytucjonalnej, każdej… Zobaczyłam w niej szkołę i wtedy przestraszyłam się własnych myśli.

“Siostra często biła albo kopała także bez zapowiedzi. Podczas strzyżenia ciągnęła za włosy albo dziabała nożyczkami, kalecząc do krwi. Na co dzień wystarczyło, że któryś z chłopców się uśmiechnął, zażartował, odezwał do kolegi wtedy, gdy nie trzeba. Prask, trzask, jeb – Anna Wesley reagowała natychmiast i była gorliwa.”

Nożyczkami nie dźgamy, linijką już nie lejemy po łapach, zniknęły nawet klapsy. Może nie z każdego domu, ale z ulicy z pewnością. A co z uśmiechaniem się, żartowaniem, odzywaniem nie w porę? Za wszystkie te zachowania dzieci przecież w dalszym ciągu bywają karane. Bo z punktu widzenia jakich norm patrzymy na dzieci w Polsce? Dyscyplinujemy, ponieważ to dyscyplina ciągle jest wartością a dziecko ma być  podporządkowane. Nie ma prawa do negatywnych emocji. Już dwulatki uczymy, że nie wolno płakać, marudzić, złościć się. Czterolatki wracają do domu z czerwoną lub czarną kropką na przedramieniu w zależności od tego jak bardzo były grzeczne, jak bardzo musiały zrezygnować z siebie. Bo w jaki sposób niegrzeczne może być 4-letnie dziecko? Za głośno się śmieje? Wierci się przy stoliku? Chodzi po sali? O kartach pracy od przedszkola i egzaminach, testach, jednominutówkach w czasie traumy społecznej jaką jest pandemia nie wspomnę.

“Przydaje się wtedy formuła mająca wszystkie wątpliwości rozwiać, a wszelkie winy unieważnić. Cudowne zaklęcie. Trzy słowa, które dobrze brzmią w każdej epoce i pod każdą szerokością geograficzną. Takie były czasy.”

Nie da się, bo zawsze tak było?

Był taki czas, że dużo jeździłam po całym regionie i prowadziłam szkolenia dla nauczycieli w takich obszarach jak neurodydaktyka, budowanie zespołu, budowanie relacji, motywacja. Zdecydowana większość z tych spotkań to praca z oporem. W pewnym momencie przygotowałam cztery hasła, które przyczepiałam na oddzielnych paskach do tablicy tak, żeby nie były widoczne dla uczestników i uczestniczek szkolenia. Za każdym razem, kiedy któreś z tych sformułowań padało z sali, ja odkrywałam je na tablicy. Przy pierwszym odkrytym pasku był śmiech, że jestem wróżką, wiedźmą. Przy drugim, też jeszcze się wszyscy śmiali, z tym że jakby bardziej nerwowo. Przy trzecim pojawiała się refleksja. Przy czwartym pękały skorupy i zaczynaliśmy rozmawiać o tym, czego się boimy. Hasła nie zawsze padały w tej samej kolejności, ale zawsze wszystkie: Sama nic nie zrobię. Taki mamy system. Zawsze tak było. Rodzice nam nie pozwolą.

“Mówię wnuczętom: jesteście mądre, jesteście dobre, jesteście ważne. Nie macie powodów do wstydu. Jesteście dziećmi Pierwszych Narodów tego kraju. Głowę noście wysoko. Jeśli myślę dziś, po co się urodziłam, to po to, żeby wychowywać nowe, silne pokolenie.”

Też tak rozmawiam z moimi dziećmi. I bardzo bym chciała, żeby w taki pełen szacunku sposób zwracali się do nich inni dorośli. I co? I nic. Okazało się, że jestem roszczeniowa.

“Swoje szkolne lata Toby podsumowuje tak: Dorośli na zewnątrz wiedzieli i nic z tym nie zrobili.”

Książka Joanny Gierak-Onoszko, to także opowieść o tych wszystkich, którzy pozostali niemi, chociaż nie byli przecież ślepi.

Ktoś mieszka w pobliżu szkoły z internatem, w której zamknięte są rdzenne dzieci. Ktoś dowozi do niej jedzenie. Ktoś inny dzieci z internatów leczy. Ktoś je grzebie. (…) Nie za głośno, nie przy najmłodszych, ale jednak się o tym rozmawia. (…) Z czasem napomknie coś jedna czy druga gazeta. Można tę krótką notkę jakoś wyłowić wzrokiem: przetrzeć oczy, stracić oddech.”

Ktoś te dzieci odwozi do szpitala, ktoś wpisuje liczby do policyjnej statystyki, ktoś głosuje nad finansami na psychiatrię dziecięcą. A co z rodzicami? Rdzenni rodzice Kanady szli pieszo czasami kilkaset kilometrów, aby rozbić namioty obok szkoły i chociaż z daleka móc zobaczyć własne dziecko. A my? Przecież najlepiej wiemy, jak nasze dziecko przeżywa szkołę. Czy chętnie tam chodzi, czy przed końcem wakacji zaczyna się jąkać. Czy w drodze do szkoły kilka razy musimy zatrzymać się na siusiu. Czy moczy się w nocy.  I nie robimy z tym nic. Ewentualnie  zapisujemy dziecko do poradni lub wysyłamy na zajęcia typu “jak lepiej radzić sobie z napięciami”.

Konfrontację z nauczycielem odpuszczamy. Wielokrotnie słyszałam od rodziców, że nie porozmawiają z nauczycielem, ponieważ boją się, że to się odbije na dziecku. A teraz to co, to się nie odbija? Albo twierdzą, że to nic, że pani krzyczy na dzieci, bo po ich dziecku to spływa, albo na ich dziecko nie krzyczy. Po żadnym dziecku nigdy nic nie spływa. Co najwyżej wpływa do środka! I zostaje na długo. Stłumione albo wyparte. I nie ma żadnego znaczenia, czy dziecko doświadcza agresji, czy jest jej świadkiem. Tak, ta książka jest też o odpowiedzialności tych, którzy milczą.

„Opiekująca się dziećmi Anna Wesley latami nie dosypiała. Nie miała jak i kiedy regularnie jeść. Nie miała swojego kąta. Nie miała też nikogo, kto by jej wysłuchał.  Wiedziała, że przydzielone jej obowiązki są nie do wypełnienia, a jej praca nieskończona. Poprosiła przełożonych o wsparcie. Odmówiono jej.  Prosiła o zmienniczkę. Odmówiono jej. Została więc sama.”

Te słowa wgniatają w fotel, kiedy jesteś nauczycielem. A potem gniotą jeszcze bardziej, gdy dowiadujesz się, że szarytka Anna Wesley, jedna z wielu postaci tej systemowej zbrodni na dzieciach, sama była rdzennym dzieckiem zamkniętym kiedyś w szkole z internatem. Nie znała życia poza szkołą. Najpierw była wychowanką, a potem sama wychowywała, dokładnie w taki sam sposób, w jaki wychowywano ją samą. Tylko jeszcze gorliwiej. Robimy to, co nam robiono.

Krzywdzą skrzywdzeni – ranią poranieni

Niestety wiele dzieci spotyka takich poranionych dorosłych na swojej drodze. Na szczęście jest coraz więcej nauczycieli i rodziców, którzy mieli odwagę to dostrzec i podjęli decyzję o przerwaniu sztafety pokoleń. Ciągle ich przybywa, ale dzieci nadal muszą mieć wiele szczęścia, żeby na któregoś trafić. Dlatego powtórzę za Jarkiem Szulskim: ”Mamy cywilizacyjny obowiązek zadbać o nauczycieli. Bez dobrej szkoły zginiemy.”

Premier Kanady przeprasza – fot. THE CANADIAN PRESS/A. Vaughan

Na zakończenie chciałabym jeszcze wyrazić ogromną wdzięczność autorce za wszystkie ćwiczenia z wrażliwości oraz za język niezwykle precyzyjny, mimo wszystko piękny bo pojemny i godny aby  opowiedzieć o najciemniejszych stronach człowieczeństwa.

Dziękuję również za to, że ten reportaż o systemowym okrucieństwie mimo wszystko niesie nadzieję. Kanada stworzyła Komisję Prawdy i Pojednania. Kanada przeprosiła. Kanada wkłada teraz mnóstwo wysiłku w wychowanie nowego, silnego pokolenia. Tak, my też potrzebujemy Kanady. Rozumiem, że jest jeszcze wiele osób, którym wygodnie jest z garnkiem na głowie. Dlatego tym bardziej proszę, przeczytajcie tę książkę i opowiedzcie o niej innym dorosłym. A potem weźmy się wszyscy do roboty. 

ZOBACZ! KANADA PRZEPRASZA ZA LOCKWOOD SCHOOL

Dorota Trynks

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *