Od czasu do czasu, w Internecie larum grają. W sumie słusznie, tylko zawsze po fakcie (np. po maturach) i nie wiedzieć czemu, ze zdziwieniem. Otóż niektórzy, chyba wczoraj urodzeni, zorientowali się, że tzw. młode pokolenia (czyli, z grubsza rzecz biorąc, ludzie w przedziale wiekowym 5-30 lat) nie posługują się swoim językiem ojczystym w stopniu uznanym (przez kogo?) za satysfakcjonujący. Głównie chodzi o zasób słownictwa i logiczny wymiar wypowiedzi, a więc coś, co podobno decyduje o jakości komunikacji.

Podnoszony alarm byłby w pełni zasadny, gdyby owa jakość była realnym wyznacznikiem społecznych dążeń oraz sprecyzowanych oczekiwań wobec oświaty publicznej. Byłby również uzasadniony, gdyby to sama oświata, nadal stawiała sobie za cel niesienie kaganka w mrok. Tymczasem, ani w szerokich kręgach społeczeństwa nie widać żądzy językowego wyrafinowania, ani też szkoła, poza oficjalną mantrą, nie pali się, by kopać się z koniem i o takie wyrafinowanie dbać, a zwłaszcza je egzekwować. Wręcz przeciwnie, wbrew pozorom, tworzonym przez maturalny rytuał przejścia, generalnie obu stronom chodzi o to, by nie zawracać sobie głowy akademickością ani kulturową niepraktycznością pogrobowców inteligencji, nie robić problemu z ignorancji i raczej dążyć do polubownego upowszechnienia wygodnego nicniemuszenia.

Czy, wobec tego, problem nie istnieje? Ależ skąd, jest realny i wręcz namacalny, ma wiele aspektów i konsekwencji, tyle że… dotyczy głównie tych, którzy zdolni są do jego percepcji. Mówiąc wprost, teoretycznie pożądany stopień elokwencji, precyzji wyrażania myśli i adekwatny temu horyzont intelektualno-kulturowy są potrzebne tylko z dnia na dzień rzednącym szeregom ich użytkowników, zainteresowanych identyfikacją, odczytaniem i replikacją pewnego kodu cywilizacyjnego. Tymczasem, dla zdecydowanej większości, kod ten jest zupełnie anachronicznym, „niepraktycznym”, zbędnym balastem.

Zdaję sobie sprawę, że nie zabrzmi to wystarczająco włączająco i ma niewiele wspólnego z polityczną poprawnością, ale na pewnym poziomie dyskusji trzeba się opierać o realia, a nie wishful thinking. To pierwsze zakłada pogodzenie się z nielubianą przez wielu antypedagogicznych pięknoduchów alternatywą: Albo, bez bicia piany i rozdzierania szat w Internecie, godzimy się z dominującymi trendami (czyli ze strzałką entropii) i nadal konsekwentnie pozbawiamy wykształcenie jego jakby nie było dyskryminującej funkcji, albo też z rozkładem normalnym, nieodmiennie wskazującym, że tam, gdzie są ludzie chcący się uczyć i zdolni to robić, tam również znajdziemy co najmniej tylu wykazujących tendencje przeciwne. Systemowa, obsesyjna koncentracja na części krzywej Gaussa te symetrycznie negatywne tendencje obrazującej oraz jej czysto ideologiczne prostowanie skutkuje zaniedbaniami po stronie przeciwnej – średnia niby rośnie, ale wyższy poziom kompetencji kulturowych, oczekiwany i wymagany przez zaniepokojonych publicystów, pozostaje nieosiągalny. Poza tym, rozkład normalny nie ma dobrej prasy w epoce, w której każde niekorzystne zjawisko traktuje się jako korzystne inaczej.

Z kolei chciejstwo prowokuje wysyp pomysłów, jak owej katastrofie, zrodzonej z założenia istnienia uniwersalnego, współdzielonego kodu kulturowego (językowego), zaradzić. Można zaobserwować całe ich spektrum: Od wyrzucenia 90% literatury na śmietnik historii, poprzez przetłumaczenie jej na język TikToka, aż do tradycyjnego stawiania ołtarzy tym, co wielkimi poetami byli oraz pławienia się w jakże romantycznej, narodowej martyrologii.


Tradycyjnie już, najmniejszym zainteresowaniem cieszy się podejście racjonalne, które z grubsza opiera się na obserwacji, że rzekomo odpowiedzialna za stan rzeczy oświata publiczna, mówiąc bez ogródek, rzuca perły przed wieprze. Co prawda, są to perły o blasku mocno przygasłym, których wartości beznamiętny rynek nie wycenia wysoko, ale niektórzy wciąż są zdziwieni, że popyt na nie niewielki. A przecież nigdzie nie jest powiedziane, że całe społeczeństwo chce mieć cokolwiek wspólnego z dowolnym, ale określonym kodem kulturowym. Dowolnym, bo czego byśmy w programach, podstawach programowych, czy kanonach dzieł kultury nie umieścili, zdecydowana większość adresatów będzie wydziwiać, jak bardzo nieadekwatna jest to pozycja, a jej „dekodowanie” zostanie natychmiast podstawione dyskusją o tej nieadekwatności. Remedium na ten spór, ma być ucieczka w nowoczesność.

Nie jest to rozwiązanie łatwe, bo uwspółcześnienie i urealnienie podejścia do kodu kulturowego musiałoby dziś polegać na akceptacji przykrego dla wielu faktu, że nie każdy chce być kulturalny w wymiarze i zakresie, który był uznawany za normę, kiedy ideałem była jeszcze erudycja i właśnie znajomość (dość wtedy jednolitego) kodu kulturowego. Minął już czas, kiedy do tego poziomu „ukulturalnienia” się aspirowało, a nieznajomość pewnych dzieł i ich kontekstu dyskwalifikowała aspiranta w przedbiegach – dziś, a raczej ładnych parę dekad temu, zakończył się proces alfabetyzacji szerokich mas, które w owym ukulturalnieniu widziały szansę na awans społeczny i jaką taką korzyść materialną. Obecnie trudno jest raczej mówić o konkretnym kodzie, bo nawet zdolność odczytywania tego powszechnie urojonego jest domeną nielicznych niedobitków epok minionych, a dla młodszych sprowadza się w zasadzie do kompetencji wstrzelenia się w klucz odpowiedzi na odwieczne pytanie polonistyki dla ubogich: Co autor chciał powiedzieć i w którym miejscu rozprawki o tym wspomnieć? Czy tego chcemy czy nie, kodów jest dzisiaj bezlik, codziennie powstają nowe, a ich dekodowaniem zainteresowani są głównie ich autorzy oraz informacyjne bańki ich otaczające.

W takich okolicznościach, upieranie się przy jakichkolwiek kodach, kluczach czy kanonach lektur jest anachronizmem i nonsensem. Podobnie, idiotyzmem, jeśli nie zbrodnią na kulturze, są rozmaite, szkolne „nowe odczytania”, wyrywające bohaterów poszczególnych fabuł z ich kontekstu historycznego, spowiadanie tych postaci oraz ich kreatorów z grzechów popełnionych na dzisiejszych standardach politycznej poprawności (czyli nowa dulszczyzna), potępianie i cenzurowanie obyczajowych anachronizmów, itd., itp. Jeśli chcemy zadbać, by wybrane kody kulturowe przetrwały i mogły być czytelne dla przyszłych pokoleń, trzeba pożegnać się z masowością oświaty i wrócić do dobrze rozumianej elitarności wiedzy, opartej na dobrowolności jej przyswajania. Siłowe wbijanie kodów do głów nie jest już skuteczne, bo zanikła motywacja, kształtowana potrzebą ich przetwarzania. Ta ostatnia mogła kiedyś nie być do końca zinternalizowana, ale dopóki istniał choćby łopatologiczny argument za czytaniem (dekodowaniem) czegokolwiek, bo przekładało się to na dostęp do innych dóbr, spełniała w pewnych granicach swoją rolę. Dziś nawet taką potrzebę ciężko wygenerować i nie da się tego uzyskać żadną dydaktyką, metodyką czy innym manualem dekodowania, według wyobrażeń kapłanów świętego kodu. Do przyswajania i replikacji kodu kulturowego, który opłakują niektórzy publicyści, jest dziś zdolne góra 15% społeczeństwa. Zmuszanie pozostałych, by brali w tym udział, pisząc matury-bzdury i kończąc wyższe szkoły gotowania na gazie, jest stratą czasu i skromnych środków.

Czy jesteśmy więc skazani na językowe ubóstwo i prymitywizm? To źle postawione pytanie, bo w pewnym sensie jest wynikiem błędu perspektywy. Po pierwsze, choć zdolni do oceny sytuacji mają dziś zdecydowanie większe możliwości ogarnięcia, jak znikomą mniejszość stanowią, prowadzi ich to często do błędnego wniosku, że mają do czynienia z nowym zjawiskiem, o bezprecedensowej skali. Nie podejmuję się tej skali bliżej określić, ale jestem pewien, że jest może nie tyle przeceniana, co bardzo podobna tej samej relacji w przeszłości. Najzwyczajniej w świecie, w epoce sprzed internetowej globalizacji można było łatwiej żyć w błogiej nieświadomości funkcjonowania w niszy – ludziom jako tako wykształconym trudniej było sobie wyobrazić, jak wielka nieraz przepaść kulturowa dzieli ich od sąsiadów, a jeśli nawet znali sąsiada półanalfabetę, to nie mogli łatwo ocenić, jak wielu jeszcze mają sąsiadów, z którymi nie dzielą choćby części kodu kulturowego. Dziś wystarczy na moment zanurzyć się w dowolne media społecznościowe, by doświadczyć istnienia baniek informacyjnych/cywilizacyjnych, których najważniejszymi wyróżnikami wcale nie są kultura, intelekt i elokwencja. Można z dużą dozą pewności założyć, że nie jest to nowe zjawisko, a szkoła, którą dziś tak łatwo i chętnie oskarża się o zaniedbanie obowiązku pełnienia kulturowej misji, nigdy tak naprawdę nie miała na kulturę (języka) wpływu decydującego.

Kolejnym problemem w wyżej postawionym pytaniu jest samo pojęcie ubóstwa i/lub prymitywizmu. Jeśli przyjąć kryteria oceny prezentowane przez zatrwożonych sytuacją, to język powszechnej komunikacji zawsze był daleki od standardów literackich czy choćby stosowanych w oficjalnych mediach. Mało kto posługuje się wzorcami, prezentowanymi przez, przykładowo, TVP Kultura czy BBC. Można też śmiało twierdzić, że ogólny przekaz się upraszcza, aby nadążyć za wymuszonym, rosnącym tempem komunikacji i z pewnością często zastanawiamy się, jakie rezerwy redundancji języka chronią go jeszcze przed bełkotem. Niezależnie jednak od tych niewesołych rozważań, musimy uznać, że pojęcie ubóstwa i prymitywizmu językowego jest zupełnie względne, a zależy od naszych indywidualnych doświadczeń i horyzontów. Kiedy więc oceniająco twierdzimy, że bełkot zaczyna w komunikacji/kulturze przeważać, powinniśmy zauważyć, że jest to ocena historycznie rzecz biorąc mało oryginalna i niemająca żadnego przełożenia na kondycję tej komunikacji, bo jest istotna jedynie dla oceniających. Tymczasem, nie jesteśmy przecież w szkole, ani na konkursie łyżwiarstwa figurowego – wystawienie społeczeństwu jedynki z użycia języka ojczystego nie sprawi, że ktokolwiek zgłosi się na poprawkę, a nota celująca, za poczwórny axel poprawnego użycia imiesłowów i właściwych przypadków w zdaniu wielokrotnie złożonym, przyniesie jakieś wymierne korzyści. Czasami będzie wręcz przeciwnie. Wynika to z braku konsensusu w kwestii uznania jakichkolwiek „norm” za obowiązujące i warte uwagi oraz mechanizmu trwale promującego tych norm stosowanie.

Stworzenie (i wyegzekwowanie) jakiegoś aktualnego, ogólnie obowiązującego kodu kulturowego, choćby na podobieństwo tego wykutego w procesie powojennego odbudowywania wspólnoty narodowej, wydaje się raczej mało prawdopodobne z jeszcze jednego powodu. Kilkadziesiąt lat temu, z braku możliwości dokonania szybkich porównań, łatwiej było uwierzyć, że taki czy inny przekaz (dzieło) awansował do roli elementu uniwersalnego kodu kulturowego, ponieważ jego memy od zawsze stanowiły klasykę i klasę samą dla siebie. Jeśli jednak dziś oskrobie się go nieco z narosłej przez nieraz setki lat patyny idealizacji, sentymentów, patosu i anegdot, okaże się, że jego memy przetrwały, bo z różnych względów zostały zamrożone w autorytarnym repozytorium oświaty. Ta, jako stosunkowo młody wytwór cywilizacji, na czymś musiała przecież oprzeć swój autorytet. Oczywiście, nie zadecydował o tym zupełny przypadek. Niektórzy twórcy po prostu wielkimi poetami byli, niezależnie od pretensji, jakie do ich apologetów miał Gombrowicz. Warto jednak pamiętać, że choć np. kompozycje Chopina, poezje Słowackiego, czy proza Sienkiewicza, które (niezależnie od okresowych dywagacji rozmaitych ikonoklastów i kontrowersji politycznie poprawnych pieniaczy) zajmują poczesne miejsce w polskim kodzie kulturowym, bywały w swoim czasie niczym innym jak rozrywką popularną, na miarę potrzeb ówczesnych targetów. W sumie nie jest istotne, czy ludzie wolą akurat oglądać rolki czy czytać powieści w odcinkach – ważny jest kontekst, moment historyczny, faworyzujący taki czy inny przekaz. Sam fakt zaistnienia nie sprawia, że rolka czy powieść staną się viralem.

Niestety, sama ewentualna wiralność obecnych pretendentów do zbioru składowych dowolnie rozumianego, kulturowego kodu współczesnego nie jest żadnym gwarantem jego konstytucji ani trwania. Tempo ich tworzenia, zmienność gustów, preferencji i trendów może jedynie zagwarantować ich błyskawiczne zużycie i zapomnienie (nawet jeśli ktoś stworzyłby rolkę, mogącą konkurować z powieścią). Kultura straciła swoją „pamięć długotrwałą” i funkcjonuje tylko w trybie krótkich, efemerycznych impulsów. Z kolei szkoła, nawet gdyby chciała, nie jest już w stanie przerobić ich na swoje evergreeny, a jej ewentualna namolność w tej mierze, byłaby w zasadzie przeciwskuteczna, z góry dyskredytując przedmioty swojego łaskawego zainteresowania. Jest to jeszcze jeden argument za rezygnacją z tego rodzaju „promocji”, mimo istnienia lokalnych wyjątków, bo one i tak, bez takiego wsparcia, radzą sobie doskonale.

Przeciwnicy odejścia od realizacji kanonów, czytania i oglądania pozycji obowiązkowych oraz rezygnacji z przymusowego odbioru innych, dostarczonych bez zamówienia kaganków nieodmiennie obawiają się wynarodowienia ich adresatów i ogólnej zapaści kulturowej. Nie przemawia do nich argument, że epatowanie dowolną kulturą (przekazem) przynosi sukcesy w większości w sferze propagandy, a wymuszone przebrnięcie przez opracowanie Lalki nie może zastąpić zdolności odbioru jej treści, dostępnej jedynie dzięki dobrowolnej i zaangażowanej lekturze i adekwatnej wrażliwości. Innymi słowy, wtłaczanie do wszystkich głów takich samych, łopatologicznych interpretacji dzieł kultury albo ich mozolne tłumaczenie z polskiego na nasze, wcale tej kultury nie pomnaża ani nie podnosi jej wartości. Wręcz przeciwnie, trywializuje wszelką twórczość, wystawiając ją na żer ignorantów, zdolnych jedynie do wystandaryzowanego odtwarzania narzuconych komunałów. W ten sposób „przerabiana” i „wprowadzana” literatura (sztuka w ogóle) zaczyna funkcjonować jak sarmacka łacina – ma o czymś świadczyć, a potwierdza jedynie obskurantyzm i filisterstwo.

W moim najgłębszym przekonaniu, porzucenie fikcji ukulturalnienia przez podstawy programowe niczego istotnego w krajobrazie kulturowym (i językowym) by nie zmieniło – Kowalscy nadal, jak dziś, pod rygorami i standardami narzucanymi przez tematy maturalne, nie dyskutowaliby przy stole dylematów Konrada, używaliby np. frazeologizmów biblijnych, bez świadomości ich pochodzenia i przypisywaliby niewłaściwe znaczenie przymiotnikowi spolegliwy. Niepokój i troskę zmartwionych takim stanem rzeczy trzeba ukoić zupełnie innym podejściem niż dyskusja nad tym, na ilu godzinach lekcyjnych omawiać romantyzm, a na ilu pozytywizm.

Najważniejszym w tej mierze wydaje mi się zróżnicowanie ścieżek edukacyjnych, tj. umożliwienie, na dość wczesnym etapie kształcenia, wyboru, czy ten romantyzm i pozytywizm są komuś potrzebne do szczęścia, czy też może wystarczy do niego czytanie emotikonów. Między tymi poziomami kompetencji językowych istnieje szereg stanów pośrednich. Oczywista w takiej sytuacji obawa, że emotikony, jako szczyt edukacyjnych marzeń większości, byłyby preferowane, mogłaby być rozproszona jedynie przez dyskryminujący mechanizm ekonomiczny, faworyzujący poziomy wyższe.

Oczywiście, nie odkrywam tu żadnej Ameryki – taki mechanizm od dawna istnieje i dotyczy wszelkich kompetencji – nazywa się wolnym rynkiem. Kłopot w tym, że istniejąc, nie zawsze, a raczej bardzo rzadko, działa na korzyść kultury zwanej wyższą, bo, dla przykładu, nie ujmując nic kurierom, kelnerom czy magazynierom, zarabiają oni pieniądze porównywalne z pensją np. dyplomowanego polonisty, u szczytu zawodowej kariery. Nie postuluję tu odejścia od rynkowej wyceny pracy – pokazuję jedynie, dlaczego umiejętność porównania ideałów romantyzmu i pozytywizmu oraz wysławiania się pełnymi, poprawnie zbudowanymi zdaniami nie należy do priorytetów społecznych i dlaczego, w konsekwencji, poziom komunikacji i ogólnej kultury słowa Polaków nie spełnia oczekiwań wielu krytyków. Gdyby ten teoretycznie wymagany poziom powiązać z awansem materialnym, sytuacja ogólna bardzo szybko uległaby poprawie. Niestety, liczenie w tej mierze na niewidzialną rękę rynku nie ma sensu – istnieją dziedziny, które nigdy, nawet w optymalnych warunkach, nie staną się bezpośrednio przeliczalne na PKB i większość państw, w ten czy inny sposób próbuje sobie z tym poradzić.

Na ogół jest to globalnie niezbyt efektywne, a polega na rozmaitych zawoalowanych zachętach, promowaniu czytelnictwa, sprzedaży kultury pożenionej z popem, na mecenatach, grantach, okresowych reformatorskich wzmożeniach w oświacie, itp., itd. Krótko mówiąc, jest to raczej musztarda po obiedzie, bo usiłuje się namówić ludzi do kultury (języka), od której odwykli lub tej, do której nie nawyknąć nie zdążyli – wobec idącej już w dekady ideologicznej presji uwalniania od wszelkiego wysiłku i niepraktyczności, „uwolniono” ich także od niej. Oczywiście, łatwo można tę oportunistycznie kalkulowaną nieskuteczność usprawiedliwić – przecież państwa nie po to wybiły się na demokrację, żeby teraz oficjalnie przyznać, że chciałyby obywateli przymuszać do bycia za pan brat z własną kulturą. Pozornie mamy więc do czynienia z sytuacją patową – po dobroci źle, a pod przymusem, to nie dość, że też mało skutecznie, to jeszcze nie wypada. Tak, czy inaczej, wszystko kończy się na medialnych kodu pamięci rapsodach żałobnych.

Wyjście z tej ślepej uliczki jednak istnieje – rozwiązanie jest tyleż proste, co, niestety, ideologicznie niestrawne. Wymagałoby oficjalnego przyznania (i uznania), że edukacja (i kultura języka) nie jest dobrem nadającym się do rozdawnictwa, wymaga udziału wolnej woli, zaangażowania i motywacji. Ku zaskoczeniu wielu, te odwieczne ograniczenia dałoby się pokonać bez odgórnego, maskowanego antypedagogicznymi ustępstwami przymusu, ustawicznego reformowania podstaw programowych i niemożliwych do rozwiązania sporów o to, która z pozycji w kanonie lektur bardziej zniechęca do czytania. Dla przykładu, wyobraźmy sobie szkołę (myślę, że raczej nie podstawową), która otwarcie, na własnej stronie internetowej informuje, że uczy (między innymi) posługiwania się językiem polskim w mowie i w piśmie. Że korzysta przy tym z wybranych przez swoich nauczycieli dzieł kultury. A co za tym idzie, oczekuje od swoich uczniów chęci poznania owych dzieł, gotowości do opanowania stosownych ku temu narzędzi, itp., itd. Że nie będzie z nikim dyskutować obowiązku bycia przygotowanym do zajęć, kompetencji swoich nauczycieli, stosowanych przez nich metod oraz tego, czy znajomość imiesłowu przysłówkowego uprzedniego jest praktyczna czy nie. Wyobraźmy sobie również, że istnieją szkoły wyższe, które nie będą przyjmowały adeptów dziennikarstwa, kulturoznawstwa, pedagogiki i innych nauk społecznych, polonistyki i innych filologii, a także wielu innych profesji, mogących wymagać biegłości w posługiwaniu się tym językiem, którzy kompetencji kształtowanych w wymienionej szkole średniej (i wielu jej podobnych) nie posiedli. Czy taka szkoła średnia miałaby powodzenie? Czy dla absolwentów szkół podstawowych byłaby na tyle atrakcyjna, by umieszczaliby ją w swoich deklaracjach jako placówkę pierwszego wyboru? Gwarantuję, że tak. Z dwóch przyczyn. Po pierwsze, wbrew twierdzeniom rozmaitych oświatowych fajnistów, ludzie są gatunkiem opierającym swój rozwój na ambicjach, konkurencji i tworzeniu hierarchii, więc samo przyjęcie do szkoły dającej określone kompetencje byłoby bodźcem dla posiadających również określone aspiracje. Po drugie, realny wybór nie ograniczałby się do najczęściej umownego profilu i losowego wskazania szkoły, która i tak realizuje to samo, co dziesięć sąsiednich. Chętni mogliby także składać papiery do szkół, które takich wymagań nie mają, a mają inne. Ktoś preferujący w komunikacji emotikony pewnie by jej nie wybrał. Podobnie ktoś, kto szuka szkoły, która obieca, że nauczy go jak obsługiwać spawarkę lub radzić sobie z trygonometrią. Dokonując wolnego wyboru spośród wielu różnych szkół, o różnych profilach, wymaganiach i oczekiwaniach, przyszli uczniowie tej hipotetycznej szkoły decydowaliby jednocześnie, na ile umiejętność napisania eseju, rozumienia tekstu pisanego, logicznej argumentacji, publicznej wypowiedzi i udziału w kulturze jest dla nich ważna. Ci, którzy dokonaliby takiego wyboru, w tym samym momencie wybieraliby podejście edukacyjne, którego będą podmiotem aż do ewentualnej matury. Wiedzieliby na przykład, że będą czytać takie czy inne lektury, odrabiać pisemne prace domowe, mierzyć się ze składnią i gramatyką na określonym poziomie. Ale byliby także świadomi, że bycie absolwentem tej szkoły praktycznie gwarantuje indeks wybranej uczelni.

Czym ta propozycja różni się od rzeczywistości obserwowanej? Pozornie drobiazgami, bo przecież szkoły i profile istnieją, deklaracje misji wiszą na stronach internetowych, programy nauczania zawierają szczytne cele, a uczniowie noszą podręczniki i zdają egzaminy. Problem w tym, że niemal wszystkie elementy tej układanki są dziś rytuałem – wydmuszką pozorującą standardy, które nikt już na poważnie nie traktuje jako obowiązujące. Uczniowie uczą się wyłącznie w trybie „na sprawdzian”, nauczyciele wystawiają oceny nie po to, by odzwierciedlić kompetencje, ale by zminimalizować tarcia, a instytucje nadzorujące troszczą się głównie o to, by żadna ze stron nie zgłosiła skargi. Gdyby dziś hipotetyczna szkoła, o której pisałem, naprawdę wymagała od uczniów chociażby przeczytania lektury w całości, uznano by ją za przemocową, nieempatyczną i nieprzystosowaną do realiów współczesności.

Tym, co różni zaproponowaną wizję od dominującej praktyki, nie są zatem same wymagania, ale gotowość do ich egzekwowania i szczerość w komunikacji oczekiwań. Proponowana szkoła nie obiecuje sukcesu wszystkim. Nie udaje, że każdy, niezależnie od zainteresowań i predyspozycji, może stać się uczestnikiem tego samego kulturowego kodu. Nie obawia się, że ktoś się „poczuje gorzej” wobec wymagań – bo  zakłada, że wolny wybór wymaga odpowiedzialności, a ta nie może być przyjazna i bezbolesna dla wszystkich. W przeciwieństwie do obecnej szkoły, nie opiera się na powszechnym kłamstwie systemowym, że wykształcenie można rozdawać bez zróżnicowania wysiłku, kompetencji i celu.

I właśnie dlatego, choć adresowana byłaby do mniejszości, miałaby szansę realnie promować i utrwalać określony kod kulturowy – nie przez jego przymusową dystrybucję, lecz poprzez dobrowolną selekcję tych, którzy widzą w nim wartość. Skoro nie można już liczyć na masowość uczestnictwa, jedyną skuteczną formą jego przetrwania jest jakość – a ta, w przeciwieństwie do masy, wciąż jeszcze potrafi się bronić sama.

Dodaj komentarz

Verified by MonsterInsights