W poprzednim wpisie scharakteryzowałem narrację, która zdominowała dyskusję o szkole (nie tylko o niej, oczywiście). Czuję się niezręcznie, bo do zilustrowania problemu posłużę się tekstem Jarosława Kordzińskiego, którego kojarzę z szerokim i raczej zniuansowanym oglądem oświaty. Zakładam, że Autor posłużył się czarno-białym przekazem bez premedytacji i złej woli. Kładę to na karb jego zaangażowania w poruszane zagadnienie i istotność problemu dla środowiska edukacyjnego, ale nie mogę przejść obojętnie wobec zerojedynkowego, konfrontacyjnego przedstawienia kwestii, omówionej w jego artykule.

Rzecz tylko naskórkowo dotyczy tytułowego „nieposłuszeństwa”; w istocie, porusza temat podstawowej zasady funkcjonowania oświaty publicznej, którą jest… przemoc. Byłbym ostatnim, który podjęcia tego tematu by się czepiał, gdyby w artykule nie zabrakło choćby próby ukazania genezy i przyczyny trwałości tego fundamentu. Zamiast tego, czytelnik dowiaduje się, że komuś kiedyś musiała spodobać się kantowska prymitywna i brutalna wizja uspołecznienia człowieka i ona żyje sobie w szkole w najlepsze, bo dla leniwej, zorientowanej na trwanie i pozbawionej uczuć wyższych większości szkolnych kadr jest wygodna i tylko nieliczni, światli i nieugięci rycerze prawdy objawionej to zauważyli i się temu przeciwstawiają. Takiej przerysowanej (ale tylko trochę) percepcji i interpretacji tekstu sprzyjają cytaty z wypowiedzi Immanuela Kanta, które wymagają już dziś (przykre to, ale cóż począć) komentarza: filozof z Królewca nie musiał trzymać się w wypowiedzi żadnej politycznej poprawności, a dla jego współczesnych język, którego używał nie był niczym skandalicznym. Będę się nawet upierał, że gdyby ten język „przetłumaczyć” na współczesne realia i konteksty, nie różniłby się specjalnie od nikogo już nierażącej, pedagogicznej nowomowy.

Spróbujmy dokonać tej sztuki – oto „pruski”, „przemocowy” oryginał: Dyscyplinowanie nagina człowieka pod prawa ludzkości, daje mu odczuć ich przymus. To jednak powinno odbywać się wcześnie. Posyłamy więc np. dzieci do szkoły początkowo nie po to, by się tam czegoś nauczyły, lecz by przyzwyczajały się cicho w niej siedzieć i dokładnie wykonywać to, co im zadano.

A teraz jego nieco dłuższa, uwspółcześniona parafraza: Nowoczesna edukacja, kierowana współdzielonymi normami etycznymi, ma za zadanie wywołanie potrzeby ich przestrzegania, mco wymaga indywidualizacji procesu edukacyjnego i zapewnienia pełni rozwoju każdemu dziecku. Proces ten powinien zaczynać się już we wczesnym stadium rozwoju emocjonalnego, w trosce o tworzenie dobrych relacji z otoczeniem. Poszczególne etapy edukacji wspierają korzystanie z tak dziś potrzebnych miękkich kompetencji, ułatwiających odnalezienie się w obecnie bardzo zróżnicowanych normach i rolach społecznych. Dlatego, już od przedszkola, staramy się kształtować w dziecku potrzebę samoregulacji i współpracy.

Jestem przekonany, że takie „tłumaczenie” nie wzbudziłoby dziś kontrowersji w jakiejkolwiek szkolnej dokumentacji, mimo swojej ewidentnej bełkotliwości i… niemal identycznego przesłania. Czy to znaczy, że Kant miał rację i był pedagogicznym wizjonerem? Nie, pokazuje jedynie, że choć przylgnęła do niego etykietka idealisty, w gruncie rzeczy twardo stąpał po ziemi i w kwestiach raczkującej pedagogiki pozostawał głęboko racjonalny.
Można z tego również wysnuć wniosek, że choć jego wypowiedź wzbudza obecnie niechęć, to w gruncie rzeczy nasze podejście do idei kształcenia i wychowania od jego wyobrażeń różni się niewiele, jeśli pominąć oczywiste anachronizmy i, jak zakładam, powszechną w jego czasach, akceptację dla kar cielesnych. Przedstawiona parafraza nie będzie raczej dla nikogo tak szokująca, jak zderzenie języka XVIII-wiecznego filozofa z dzisiejszą, oświatową narracją, wykorzystane w omawianym tekście, choć w dalszym ciągu jej treścią jest semantycznie obrabiany… przymus. Oczywiście nie ten napędzany świstem trzcinki, ale równie systemowy i, w obecnym kształcie społeczeństwa,… nieunikniony.

Zanim spadną tu na mnie wszystkie możliwe gromy i epitety progresywistów, którzy już w przedszkolu doznali traumy poobiedniego leżakowania i poprzysięgli wtedy walczyć o wolność naszą i waszą, przypomnę wszystkim urażonym powyższą konkluzją o kilku dość istotnych dla dalszych rozważań kwestiach.

Po pierwsze, funkcjonowanie w jakimkolwiek zespole ludzkim, nie mówiąc już o instytucjach i organizacjach, obwarowane jest przyjęciem obowiązującego w nich zestawu zasad, które, tak czy inaczej, ograniczają wolność jednostki. Niestety, nie wszystkie zespoły i instytucje można sobie wybrać, a nawet jeśli, to i tak jest mało prawdopodobne, by wszystkie panujące tam regulacje nam pasowały. Jesteśmy gatunkiem społecznym i ze stada, czy nam się ono podoba czy nie, wypisać się nie daje.

Po drugie, obecny klimat mentalny cywilizacji zachodniej zdominowała „kultura” bycia obrażonym, będąca ubocznym skutkiem ogromnego tempa przepływu informacji. Miliardy ludzi dowiedziały się nagle, że w ogóle istnieją jako grupa, że są inni niż sąsiedzi, że inni wręcz powinni być i sama ta odmienność sugeruje im, że powinni czuć się obrażeni i zagrożeni. Jak we wszystkich przejawach życia, ważną rolę w ludzkim stadzie odgrywa (kamuflowana teraz) konkurencja, a w dekadenckim klimacie Nowego Średniowiecza najłatwiej rywalizuje się na stopnie bycia obrażonym, więc żeby nikogo nie obrazić najlepiej jest się w ogóle nie urodzić. W przeciwnym razie, możemy być absolutnie pewni, że obrażamy wielu ludzi samym swoim istnieniem, nie mówiąc już o jakichkolwiek oczekiwaniach, jakie ośmielilibyśmy się wobec nich wysunąć. Te obrażają najmocniej. Nic więc dziwnego, że już sam pomysł oświaty publicznej wydaje się dziś absurdalnym zamachem na wolność, nie mówiąc już o takich represjach jak np. sugestia powstrzymania się na zajęciach od przeglądania Instagrama albo uzupełniania kalorii.

Po trzecie, musimy uświadomić sobie fakt, że jakakolwiek zewnętrzna interwencja, której celem jest jakakolwiek zmiana w naszej świadomości, w zdecydowanej większości nie pyta nas o zgodę. Czy będzie to natrętny baner wyskakujący na internetowej stronie czy też podyktowana dowolną podstawą programową treść lekcji historii, mamy w zasadzie tylko dwa wyjścia: albo zaakceptować przekaz, albo go odrzucić, wciąż będąc nań eksponowanym, bo w zdecydowanej większości przypadków po prostu nie daje się go uniknąć. Natychmiast nasuwa się liberalna myśl o możliwości wyboru przekazu w postaci skutecznego adblocka, bądź rezygnacji z odgórnie podyktowanej pp, ale wszyscy jeszcze nieodklejeni od rzeczywistości doskonale wiedzą, że zainteresowany przekazem dostarczyciel treści (jeśli nie monopolista, to jeden z nielicznych, w sumie zainteresowanych tym samym) znajdzie sposób, żeby skłonić nas do wyłączenia programu antyreklamowego lub wykazać jego nielegalność, a państwo ma w dyspozycji narzędzia, by swoją narrację (choćby nieskutecznie) narzucać. Póki co, kiedy się z dyżurnym przekazem nie zgadzamy (a to zawsze domena niszy), w większości takich sytuacji pozostaje nam jedynie bierny opór i poszukiwanie niszowych treści konkurencyjnych, co wymaga krytycznego myślenia i innych zdolności intelektualnych, i zawsze pozostaje sferą indywidualnego wyboru, bo jakikolwiek zbiorowy byłby przecież również podporządkowaniem (posłuszeństwem).

Po czwarte wreszcie, to wcale nie Kant, ani żaden inny teoretyk przestarzałej „pruskiej transmisji”, wymyślił, że dzieci i nieletni podlegają kurateli dorosłych i raczej są skłaniane do realizacji ich wizji rzeczywistości, a nie odwrotnie. Natura wpadła na ten model na bardzo długo przed pojawieniem się nawet mglistej zapowiedzi Homo sapiens, jak dotąd sprawdza on się jej znakomicie i nie wygląda na to, by miała z niego zrezygnować. Oczywiście, dzisiaj na ogół dokładamy wszelkich starań, by nasze wizje rzeczywistości obejmowały i liczyły się z dostępną dzieciom podmiotowością (co każdy rozumie nieco inaczej), ale podstawowego stosunku zależności, opisanego przez Kanta, nie daje się z tych starań wyrugować. Choćbyśmy użyli w tym celu całej dostępnej, pedagogicznej ekwilibrystyki i żonglerki miękkokompetencyjnym, politycznie poprawnym żargonem, raczej niewielu rodziców byłoby skłonnych z niego zrezygnować. Więcej nawet, korzystając z udostępnionych przez państwo (wcale nie z dobroci serca, ale w trosce o PKB) instytucji, domagają się oni przedłużenia swojej władzy rodzicielskiej, cedując ją na te właśnie instytucje i to najchętniej w wymiarze 24/7. Powinno to odbywać się z poszanowaniem praw wszystkich zainteresowanych, ale przecież żadna cesja nie jest doskonała. Nie zmienia to faktu, że domaganie się od przedszkoli i szkół zaprzestania stawiania i egzekwowania wymagań (funkcji normatywnej) jest sprzeczne także z interesem rodziców, jeśli tylko się na te wymagania godzą (niestety, rzadko uświadamiają sobie, na co się godzą i jakie są tego konsekwencje).

Z wymienionych wyżej przesłanek, wynikają nieuniknione konsekwencje. W realnym świecie po prostu nie da się być idealistycznie „nieposłusznym”. Zawsze byliśmy, jesteśmy lub będziemy komuś lub czemuś „posłuszni”. Pomijając skrajności, wybór dobrego lub złego suwerena jest czysto arbitralny, bo jedni chcą być posłuszni tym, a drudzy innym regulacjom, a każdą z nich można sprowadzić do jakiegoś ekstremum, które te wcześniej uznane zasady ukażą jako absurdalne represje. Wobec niedającej się pogodzić mnogości relacji i celów, choćby tylko w wybranym wycinku naszej rzeczywistości – tu w oświacie publicznej – poza absolutnie oczywistymi i banalnymi, a często po prostu skrajnymi sytuacjami (które szybko stają się kanwą rozmaitych pop-pedagogicznych mitów), niemożliwe jest wyznaczenie jedynej, słusznej wykładni (nie)posłuszeństwa.

Niestety, obecne trendy emancypacyjne w wielu aspektach kultury i stosunków międzyludzkich zmuszają nas na ogół do kategorycznego opowiadania się po jakiejś „oczywistej”, moralnie uprawnionej i usprawiedliwionej stronie. Mamy dokonywać takich zerojedynkowych wyborów w stosunku do konfliktów i dylematów (w których nikt ostatecznej racji mieć nie może) tylko i wyłącznie dlatego, że niosą one ze sobą przypadki lub choćby ryzyko zaistnienia patologii. To samo dotyczy dyskutowanej tu podległości nieletnich wobec rodziców, opiekunów, czy też instytucjonalnego przedłużenia wpływu tych ostatnich. Ewentualnej patologii nie da się jednak wyeliminować samym wypowiedzeniem posłuszeństwa i wskazywaniem osobowych wzorców tej „rebelii” – najpierw trzeba zlikwidować, w tym wypadku całkiem naturalny, stosunek podległości, bo tylko wtedy takie „powstanie” ma sens. W przeciwnym razie, jest to jedynie manifestowanie moralnej wyższości z wysokości wież z kości słoniowej, czyli z perspektywy dość specyficznych warunków, będących udziałem nisz, ale nie całokształtu środowiska. Ukazywanie wyjątków od reguły, jako wzorca dla całości układu, spełnia wszelkie warunki utopii i donkiszoterii, a oczekiwanie rewolucji, jako drogi rozwiązywania problemów, jest oznaką naiwności, zelotyzmu i… agresji.

I tu wracamy do naszego Nieposłuszeństwa. Jak rozumiem, Autor tekstu, dostrzegając skrajne i negatywne konsekwencje procesu wychowania, chciałby z niego zrezygnować, nigdzie jednak otwarcie tego nie deklaruje. Jeśli nie, to przekonuje jedynie do kolejnej, postmodernistycznej podmianki semantycznej, sugerując, że wychowanie może nie być tym, czym w istocie jest, czyli sukcesywnym nakłanianiem człowieka do roztopienia się w stadzie – kulturze (takiej, czy innej), w której przyszedł na świat, a cały wywód jest tylkoidealizowaniem wybranego końca kija. Tak, jak pedagogika szuka swojego sensu w ustawicznym balansowaniu na cienkiej linie ludzkiej moralności, tak antypedagogika, do której wywód zmierza, zyskuje swój pełny sens dopiero w swoim ekstremum. Tertium non datur. Emancypacja wobec systemu (do której to moralnej i intelektualnej konieczności nikt nie musi mnie przekonywać i która wydaje mi się sednem wykształcenia) może mieć jedynie wymiar indywidualny, a nie systemowy – jeśli zaczynamy ją rozumieć jako konieczną rewolucję, pod wodzą już wyemancypowanych liderów-wariatów, to staje się swoją parodią, kolejnym „wariata snem”. To skala tej emancypacji indywidualnej prawdziwie zmienia systemy, a nie rewolucyjne ruchawki, prowadzące z reguły do zastąpienia jednego posłuszeństwa, równie ślepym.

Przyjrzyjmy się jeszcze załączonemu w artykule przykładowi narracji, kontestującej kantowskie podejście do wychowania i kształcenia, wspartemu myślą Frédrérica Grosa. Ponownie postaram się tu wykazać, że cały spór między wykładniami toczy się tak naprawdę w sferze semantyki i ma charakter dialektyczny, a nie performatywny:

Uległość i podporządkowanie w zasadniczy sposób zmienia życie człowieka. Zwalnia z refleksji, wyzwala z odpowiedzialności, umożliwia proste podejmowanie decyzji z powołaniem na uwarunkowania zewnętrzne. – Jest to truizm, ale jedynie przy apriorycznym uznaniu tejże uległości i podporządkowania jako absolutnych pejoratywów (a nie reguł stada, do którego chce się dalej należeć), przeciwstawionych równie abstrakcyjnej, boskiej wolności. Tak, jak absolutna wolność nie istnieje, tak i jej przeciwieństwo, choćby w postaci uległości i podporządkowania, jest względne. Życie człowieka kształtuje całe mnóstwo czynników i warunków, którym podlega, nie zawsze się z nimi zgadzając, a najczęściej nie mając na nie żadnego wpływu. Nasza egzystencja polega na nieustannej ich negocjacji, której reguły również nie są stałe, ani też, wbrew potocznemu rozumieniu, nie dążą do jakiegoś nadrzędnego absolutu. Oczywiście, można i trzeba widzieć różnicę między prawem o ruchu drogowym, a np. regulowaniem użycia telefonów komórkowych na lekcji; różnica ta polega jednak jedynie na liczeniu się (lub nie) z autorytetem, jako egzekutorem regulacji. O ile zdecydowana większość ludzi uznaje, że, mimo niewątpliwej autorytarności kodeksu drogowego, (iluzoryczne) bezpieczeństwo na drodze warte jest uległości wobec niego i podporządkowania się jego przepisom, o tyle takiej zgodności nie ma w tej drugiej kwestii – dla jednych użycie komórki podczas zajęć będzie podstawowym prawem jednostki do rozporządzania swoją własnością, dla drugich zakłócaniem porządku publicznego. Ponieważ to użycie może w określonych warunkach być i jednym, i drugim, każde jego uregulowanie i związane z nim sankcje, może być uznane za opresję. Wynika z tego, że albo zdajemy się na ustawowe, nienegocjowalne rozporządzenie władz najwyższych, albo kierujemy się zdrowym rozsądkiem użytkowników i dowolnego autorytetu dostępnego na wyciągniecie ręki. Niestety, tego zdrowego rozsądku nie daje się zapisać w żadnym statucie i to po żadnej ze stron.

W dalszej części tekstu, Autor zadaje szereg pytań, które można w zasadzie zastąpić jednym, podstawowym: Dlaczego oświata publiczna ma taki (niefajny), a nie inny kształt i dlaczego funkcjonuje jak funkcjonuje? Nie pozostawia go bez odpowiedzi – za wszystko, co złe, ma odpowiadać nasze posłuszeństwo wobec „wrogiego reżimu”. Na dodatek, za Grosem, domyśla się dlaczego jesteśmy mu posłuszni. Niestety, suflowana odpowiedź (bo nie mamy innego wyjścia) zupełnie mnie nie satysfakcjonuje, bo znów składa odpowiedzialność za stan rzeczy na złych onych, którzy dybią na naszą wolność, a całą nadzieję na rzekomo utracony raj normalności (kiedy to było tak normalnie, by owa normalność mogła stać się jakimś standardem?) pokłada w podążaniu za wybranymi mesjaszami-wariatami. „Mesjaszom” chwała za ich działalność (pozdrawiam), ale proponowany model „wyzwolenia” ponownie stawia podmiotowość za nimi podążających pod znakiem zapytania, bo przecież znowu muszą być komuś posłuszni! To jak to z tą uległością i podporządkowaniem w końcu jest? Czyżby jednak nie była to kwestia dumnego nieposłuszeństwa, a „jedynie” zwykłego, codziennego, oportunistycznego, wolnego wyboru reżimu wygodnego? A przecież jutr(dosłownie) także i on się beneficjentom znudzi… i co wtedy? Znowu rewolucja? Jakiś lider-wariat, spragniony posłuszeństwa, zawsze się znajdzie. To, czy jego cel nazwany zostanie normalnością znów jest kwestią umowy akurat silniejszych zainteresowanych.

Podsunięta odpowiedź, choć w pewnych okolicznościach może być poprawna, wymaga rozwinięcia i uzupełnienia. Wydaje mi się, że tezę o nieistnieniu innego wyjścia, poza popularną, czarno-białą narracją walki dzielnych rebeliantów z bezdusznym Imperium, trzeba zastąpić znacznie mniej wygodną dla potencjalnego podmiotu i bohaterów rebelii: Wyjście jest, ale, póki co, nikt z niego nie chce skorzystać. W przypadku jego wyboru, wcale nie trzeba z nikim walczyć, narzekać na niedostatek mesjaszy i opór „posłusznego” betonu, ani też być komukolwiek posłusznym, łącznie z wodzami rewolucji. Nie trzeba także przekonywać do niego, uciekając się do archetypicznego motywu walki dobra ze złem. Wystarczy pozwolić najzwyklejszym, systemowym szkołom (i ich zwykłym, dalekim od ideału przedstawicielom) decydować o sobie, swoich celach, metodyce, dydaktyce i targecie, a podmiotowi ich działania, jeżeli rzeczywiście jest tak podmiotowy, jakim chce go widzieć politycznie poprawny przekaz, umożliwić dokonywanie wyborów, obarczonych ryzykiem. Jeszcze raz się okazuje, że ten domniemany podmiot, owszem, jest posłuszny, ale nie jakiemuś podstępnemu autorytetowi, lecz przede wszystkim swojemu oportunizmowi, który jest w stanie opowiedzieć się nawet za przewrotem i rewolucją (najlepiej w czyimś wykonaniu), byle nie musieć… wybierać.

Podsumowując, skłaniam się do wniosku, że przedstawiona w artykule Jarosława Kordzińskiego koncepcja „nieposłuszeństwa” jako uniwersalnej, moralnie uzasadnionej cnoty i pożądanej postawy, będącej w opozycji do represyjnego środowiska (zwłaszcza edukacyjnego) jest zdecydowanie uproszczona, ponieważ nie da się wywieźć obecnej, miękkiej przemocy dydaktycznej jedynie i bezpośrednio z konfliktu dobra ze złem. Idea oświaty publicznej jest zbudowana na sprzecznościach, a przede wszystkim na podstawowym konflikcie aksjologicznym, dla wygody etycznej wypieranym przez społeczeństwo: Bardzo rzadko daje się przez dłuższy czas, bezboleśnie godzić nakładanie obowiązków przez jednych, z chęcią ich wypełniania przez drugich, nawet dokonując najbardziej karkołomnej gimnastyki semantycznej. Jeśli jednak chcemy się tego konfliktu pozbyć, musimy zrezygnować z instytucji szkoły powszechnej i uznać, że w pełni podmiotowe jednostki, wolne od konieczności posłuszeństwa wobec jakichkolwiek norm czy jakiegokolwiek zobowiązania wobec innych podmiotów mogą się uczyć jedynie tego, czego chcą, kiedy chcą, w sposób jaki sobie wybiorą, na zasadach przez siebie ustalonych, a nawet nie licząc się z ludźmi, którzy ewentualnie chcieliby im w tym pomóc. Jest to teoretycznie możliwe, w ramach jednostkowych umów, ale w wymiarze dążącego do unifikacji, uniwersalizacji i z góry określonych celów molocha, absolutnie nieprawdopodobne. Moloch ten, mimo opisanej wyżej sprzeczności idei, zaspokaja potrzeby społeczne i organizacyjne ludzkiego stada, ponieważ w naszej naturze leży przymykanie oczu na sprzeczności w tymże stadzie nieuniknione oraz pragnienie do tego stada przynależności (a więc posłuszeństwa!). Domaganie się uznania za regułę i moralny obowiązek masowej niesubordynacji wobec systemu, funkcjonującego według, nawet jeśli nie własnego, to jednak ogólnie przyjętego projektu, którego nie potrafi się lub nie chce się zlikwidować, jest dziecinadą lub hipokryzją.

Dodaj komentarz

Verified by MonsterInsights