Tendencja do poszukiwania (a raczej znajdowania) prostych i szybkich rozwiązań skomplikowanych (a czasem po prostu nierozwiązywalnych) problemów jest poważnym zagrożeniem społecznym, gdyż marnotrawi siły, środki i czas. Mimo to istnieje obszar ludzkich działań i interakcji, w którym zjawisko to nie tylko nikogo nie razi, ale osiąga trudne do pobicia rekordy twórczego zastosowania. Mówię o oświacie powszechnej, która, z racji przydzielenia jej (z braku innego na nią pomysłu) niewykonalnej funkcji czynienia ludzi mądrzejszymi wbrew ich woli, została tak przesiąknięta ideologicznym kłamstwem, że żadne realia nie stają na przeszkodzie snutym w jej ramach rojeniom. W erze ponowoczesnej transformacji, kiedy ludzie pracujący w oświacie lub się nią interesujący zostają skonfrontowani z realiami nieprzystającymi do ich światłego, „nowoczesnego” postrzegania świata, rozpoczyna się festiwal chciejstwa, hipokryzji, biurokracji i… publicystyki. Właśnie przeczytałem tekst dotyczący poważnego problemu, dotykającego szkoły nie tylko w naszym kraju, a mianowicie organizacji aktywności fizycznej dziewcząt. Bolączki z nią związane nie należą do nowych ani błahych, a Autorka bardzo rzetelnie je wymienia i charakteryzuje. Jednak mimo naszkicowania kulturowego tła i zewnętrznych, społecznych uwarunkowań obserwowanych trudności, w jej tekście ukryta jest ignorująca te czynniki sugestia, czy wręcz pretensja do szkoły, że jeszcze się z tym zagadnieniem nie uporała. No i oczywiście z tym okropnym patriarchatem, przez który dziewczynki nie chcą ćwiczyć na WF-ie. Patriarchat to już chyba tylko za świąd nie odpowiada, choć pewnie i tezę przeciwną niektórzy próbowaliby udowodnić.

W szeroko rozumianej publicystyce zajmującej się problematyką oświaty wciąż pokutuje wyobrażenie szkoły jako podmiotu niejako zewnętrznego w stosunku do reszty społeczeństwa, posiadającego gotowe recepty i narzędzia, których jednak, z niewiadomych względów, nie chce używać. Tak więc, mimo szeregu trafnych spostrzeżeń, znów otrzymujemy tekst sugerujący, że gdyby tylko ludzkie społeczeństwo było inne niż jest, nauczyciele bardziej świadomi i empatyczni, a szkoła i sport mniej patriarchalne [1], życie byłoby piękniejsze, a sale gimnastyczne pękałyby w szwach od przepełnionych miłością do kultury fizycznej dziewcząt. Co więcej, Autorka zapowiada kolejne dwa teksty, z których będziemy mogli dowiedzieć się, że dopiero co zarysowany problem w sumie problemem nie jest i że nauczyciel’ka (tym razem WF-u) potrafi i jeszcze może. Z pewnością wszyscy, którzy je przeczytają, zostaną pokrzepieni faktem, że garstka niewypalonych jeszcze entuzjastów i entuzjastek uprawia swój zawód w kontrze do otaczających ją realiów, ustaleń swojego własnego ministerstwa, a czasami także zdrowego rozsądku, ocenia nie oceniając, przeprowadza zawody bez konkurencji, ma zawsze przy sobie paczkę podpasek i dobrze się zastanowi, zanim zaproponuje jakąś aktywność, bo nigdy nie wiadomo, czy ona nie jest przez przypadek zbyt patriarchalna.

Takie myślenie to właśnie wynik dominującej dziś chęci przemianowania i „zreformowania” szybkim, politycznie poprawnym dekretem zjawisk i procesów ewoluujących w kulturze od setek tysięcy lat. To po prostu nie zadziała systemowo, ale piewcy w ten sposób „wprowadzanych” zmian zdają się tego mankamentu nie zauważać, a co gorsze, są przekonani, że jeśli zdarza im się w tej czy innej sprawie mieć rację, to owa „racja” jest już wystarczającym powodem, by pożądana zmiana się dokonała. Niestety, rewolucje udane i niepożerające swych dzieci są raczej absolutnym wyjątkiem w dziejach ludzkości, co współcześnie, w czasach sprzyjających nie akumulacji jakiejkolwiek wiedzy, a dominacji stwierdzeń zastępujących fakty jest jeszcze trudniej uświadamiane niż w wiekach uznawanych za prymitywne. Dużo łatwiej za niefajną rzeczywistość obwiniać męski szowinizm, zbędną konkurencję, niedostatek miękkich kompetencji i przeciętność nauczycielek i nauczycieli niż zmierzyć się z faktem, że niestety istnieją w szkole kwestie tak czy inaczej nierozwiązywalne. Wbrew potocznym wyobrażeniom, owa nierozwiązywalność nie wynika jednak z braku woli, pomysłów czy narzędzi, ale ze sprzeczności dążeń i założeń. Nie daje się ciastka zjeść i nadal je mieć, a do tego najczęściej sprowadzają się stare, szkolne dylematy pożenione z nowym paradygmatem. Taki realizm jest jednak w szkole nie do pomyślenia od wielu już lat.

Nie do pomyślenia jest więc także przypuszczenie, że jakaś część młodych dziewcząt rzeczywiście może aktywności fizycznej nie lubić… tak, jak nie lubi jej zdecydowana większość populacji, w tym całkiem spora część chłopaków. Z kolei dla feministycznego wzmożenia charakterystyczne jest ignorowanie problemów, które dotyczą męskiej części naszego rodzaju. Chłopcy muszą sobie z bardzo podobnymi kłopotami radzić sami, bo nikt nie stosuje taryfy ulgowej wobec tych z nich, którzy, podobnie jak ich koleżanki, nie czują się komfortowo ze swoją cielesnością, nie dorównują reklamowym wzorcom, nie osiągają standardowych rezultatów i również są wybierani jako ostatni do gry w zbijaka. A presja otoczenia na nich skierowana wcale nie jest mniejsza. Im także doskwiera brak pryszniców i zbyt krótkie przerwy – wbrew stereotypom, młodzi mężczyźni też w większości nie lubią śmierdzieć. I nikt ich nie pyta, czy lubią WF. Menstruacja oczywiście ich nie dotyczy, ale obrażanie się na ewolucję, która zdecydowała kiedyś o zróżnicowaniu organizmów na płcie i nie przejmowała się przy tym sprawiedliwym rozłożeniem związanych z tym upierdliwości, chyba mija się z celem. Nikt myślący nie będzie twierdził, że miesiączkowanie to jakaś frajda, ale też nikt nie zaprzeczy, że uczennic miesiączkujących przez większość miesiąca i cierpiących na związane z tym dolegliwości jest zdecydowanie więcej niż wskazywałby na to rachunek prawdopodobieństwa [2] .


Zastanówmy się teraz, na ile jest to problem wytworzony przez szkołę [3] i na ile skuteczne mogą być podjęte przez nią kroki ku poprawie sytuacji. Oczywistym wyborem jest zatrudnienie świadomych i odpowiednio wrażliwych nauczycieli i nauczycielek. Choć nie wydaje się to jeszcze gwarantowaną normą, można przypuszczać, że takich nauczycieli płci obojga jest już całkiem sporo. Poza tym, wydawałoby się, że kto jak kto, ale kobieta powinna rozumieć drugą kobietę w tych drażliwych kwestiach, więc jeśli „nie rozumie”, to albo stanowi niechlubny wyjątek, albo nie widzi specjalnych podstaw do „rozumienia”. Nie sposób przy tym nie zauważyć, że problem nietolerancji, braku komfortu w szatni i przeróżnych złośliwości wynika z zachowań koleżanek i kolegów uczniów, i uczennic na nie narażonych, więc empatia nauczycielska, choć pomocna, kwestii w żaden sposób nie rozwiązuje [4] – szkoła zawiniła w tym wypadku samym swoim istnieniem, czyli znaczącym wzmocnieniem prawdopodobieństwa nieprzyjemnych interakcji. Można to jej wyrzucać, ale nikt z podobnych powodów nie postuluje „obudzenia” lub zamknięcia szpitali, sklepów, restauracji czy stadionów. Jedyną różnicą jest to, że pobyt w wymienionych przybytkach jest z reguły dobrowolny, a w szkole… No, cóż, na dobrowolność szkoły nie godzą się nawet najbardziej zatroskani jej krytycy i 99,9% zmieniaczy [5] .

Od świadomości i empatii nauczycieli nie zależy również infrastruktura szkoły. Tu nie pomoże biadolenie o patriarchacie i braku wrażliwości na traumę noszenia takiego czy innego kostiumu. Tutaj potrzebne są ogromne środki, których brakuje na dużo bardziej naglące potrzeby niż neutralizacja zapachu snującego się z męskiej (damskiej też) szatni. Potrzeba na przykład pieniędzy na kolejne podręczniki do nowych przedmiotów, mających wyprostować ideologiczny i moralny kręgosłup młodych pokoleń – ich własne kręgosłupy są przy tym ceną, której żaden minister nie waha się zapłacić. Zapewnienie odpowiednio długiej przerwy pozwalającej na higienę i wypoczynek wydaje się przy tym błahostką – w końcu jest jedynie kwestią organizacyjną, leżącą całkowicie(?) w gestii szkoły. Jeśli jednak zdrowa większość narodu upiera się przy urnach wyborczych, że potrzebne jej są dwie godziny religii w tygodniu, kilka przedmiotów-michałków, by mieć dowód, że szkoła „przygotowuje do życia”, a rodzicom nigdy nie dość zajęć dodatkowych, warsztatów, kółek i zajęć wyrównawczych, wkrótce trzeba będzie w szkołach, oprócz łazienek, wyposażyć także sypialnie. I jeszcze ci bezczelni wuefiści i inni baby-sitterzy domagają się podwyżek. Skąd na to wszystko brać? A przecież trzeba jeszcze wyasygnować jakieś kwoty na propagowanie cnót niewieścich, które z jakimkolwiek WF-em stoją w jawnym konflikcie. Problem wydaje się więc pozorny – dziewczynki można z zajęć wychowania fizycznego zwolnić albo WF w ogóle ze szkół wyrzucić. Ewentualnie zostawić dla chętnych, którym własny zapach nie przeszkadza. A najlepiej ograniczyć do klas mundurowych, bo to przecież nie wypada, by przyszli obrońcy ojczyzny przewrotu w przód nie umieli zrobić. I jak się którejś do równouprawnienia spieszy, to ani koedukacyjna szatnia ani smród przepoconych gaci nie powinien jej przeszkadzać, niech się przyzwyczaja.

Jak widać, obwinianie szkoły o kreowanie u dziewcząt niechęci do aktywności fizycznej, czy sportu w ogóle, jest zupełnie bez sensu – nie ten adres. Drodzy zatroskani stanem kultury fizycznej młodych kobiet, wytresujcie sobie społeczeństwo do innej, bardziej empatycznej mentalności i wybierzcie sobie przedstawicieli, którzy wyłożą pieniądze z waszych podatków na wasze zatroskanie, a nie na coś innego. Na przykład na brakujące sale gimnastyczne, a nie na tanie podróbki putinowskiej Junarmii. Szkole nic do tego, a nauczycielki i nauczyciele, poza zwykłą, ludzką przyzwoitością i oczywistym warsztatem, mogą sobie w kwestii pożądanych zmian palcem w bucie pokiwać.

A teraz a propos samego sportu – przyjrzyjmy się jego idei. Sport jest niczym innym jak bardzo niedawnym wynalazkiem, sposobem na ucywilizowanie i kanalizowanie agresji, nazywanej odtąd szlachetną rywalizacją. Oczywiście owa idea ewoluowała, jakieś tam reguły obowiązywały już w rzymskich amfiteatrach, a na majańskich boiskach w ofierze składani byli jedynie przegrani. Chociaż dziś ilość krwi rozlewanej na rozmaitych arenach jest znikoma i z pewnością uznajemy to za kulturowy postęp, nie spodziewałbym się rychłego pozbawienia sportu jego głównego waloru, czyli tej przebrzydłej konkurencji i emocji z nią związanych – aby się o tym przekonać wystarczy udać się na jakiekolwiek zawody sportowe i to niekoniecznie w pobliże bokserskiego ringu, czy piłkarskiego stadionu. Myliłby się także ktoś, kto twierdziłby, że żeńska część populacji jest na narkotyk konkurencji odporna – wręcz przeciwnie, rywalizacja bezpośrednia i pośrednia (uwielbienie i doping dla rywalizujących samców) jest dla sporej jej części równie naturalna. Aspektu seksualnego sportu, jako okazji do wykazania potencji i sprawności, nie będę rozwijał, bo przerażone mamusie w ogóle przestaną posyłać dziewczynki na WF, a urażone działaczki feministyczne oskarżą mnie o propagowanie patriarchatu i maczyzmu.


Próby przerobienia sportu na jakieś tam zajęcia na świeżym powietrzu, wyprane ze „zbytecznej konkurencji” przypominają namawianie do gry w pokera na zapałki i, będąc równie atrakcyjnymi i ekscytującymi dla przebodźcowanej młodzieży, co seans bingo w domu spokojnej starości, mogą ją co najwyżej do reszty odstręczyć od WF-u. Idiotyczny trend potępiania rywalizacji jest odpowiedzią rozmaitych „wrażliwców” z politycznie poprawnie wypranymi mózgami na logiczne skądinąd podejrzenie, że zwycięzców zawsze będzie zdecydowanie mniej niż uczestników jakiejkolwiek aktywności. Starają się więc oni nie dopuścić, by biedne dziecko dowiedziało się, że w ostrej rywalizacji uczestniczy od urodzenia i cała reszta jego życia na niczym innym mu nie upłynie. Żałosne jest (i zupełnie nieskuteczne) usiłowanie organizowania konkursów, w których wygrywają wszyscy, choć ci sami wszyscy, łącznie z głównymi zainteresowanymi, doskonale wiedzą, że Isia ładniej narysowała drzewko niż Ziutek.

Prawdopodobnie problem tej antyrywalizacyjnej histerii w ogóle by nie zaistniał, gdyby czujnym psychologom i pedagogom konkurencja nie myliła się ze zmuszaniem do niej, w stopniu większym niż czyni to samo życie. Niestety, w świecie, w którym ostrzega się, że świeżo zaparzona kawa „może być gorąca”, odróżnienie samego zjawiska od jego ewentualnych następstw zdaje się być kompetencją na zawsze utraconą i na przykład nikogo już nie dziwi, że za zaległości edukacyjne powszechnie obwinia się nie COVID-19, ale e-learning. Dokładnie tak samo jest z rywalizacją – to ona jest obwiniana o to, że spragnieni własnego sukcesu nauczycielki i nauczyciele niejednokrotnie wystawiają jednego, dobrze rokującego ucznia lub uczennicę do kilku konkursów naraz [6] .

To oczywiście nie jedyna patologia płynąca z zastąpienia dobrowolności nauki jej prawnie usankcjonowanym obowiązkiem, który oczywiście wymaga narzędzi egzekucji. Nakłanianie do rywalizacji ludzi jej niechętnych byłoby zjawiskiem marginalnym, gdyby nie obowiązek oceniania, nałożony na nauczycieli ustawą. Gdyby nie to, upokarzające porównywanie klasowego niezdary, który już w przedszkolu miał kłopot z rzucaniem woreczkiem z grochem i którego mamusia całe jego życie pilnowała, żeby się przypadkiem nie spocił, z wyrośniętym kapitanem szkolnej drużyny lekkoatletycznej nie byłoby tak powszechne. Podobnie, bohaterki tekstu Marii Hawranek, które nie są w stanie złapać podawanej im piłki, nie musiałyby udowadniać, że są zdolne przebić ją na drugą stronę siatki tak, jak te ich koleżanki, które czerpią z tego satysfakcję. Ocenianie szkolne ma szereg wad, ale zmuszanie nauczycieli WF-u do stosowania tej samej skali do oceniania zupełnie niekompatybilnych możliwości uczniów o bardzo zróżnicowanych uwarunkowaniach psychofizycznych jest już idiotyzmem porównywalnym jedynie z klasyfikacją ich religijności, słuchu muzycznego i zmysłu plastycznego. Mająca ten idiotyzm rekompensować tzw. dywersyfikacja poziomu nauczania jest równie upokarzającą ściemą – które dziecko choć przez chwilę weźmie na poważnie sugestię, że piątka za dobiegnięcie do mety o własnych siłach jest równa piątce za mistrzostwo w międzyszkolnych rozgrywkach?
Oczywiście, przyzwoici nauczyciele płci obojga będą tak lawirować, żeby wszystkie te nonsensy jak najmniej obciążały uczennice i uczniów, ale koniec końców nie zawsze jest to możliwe, bo są też granice obciążeń, które sami mogą wziąć na barki. Powstaje również pytanie, czy to oni są winni całej obserwowanej i wytykanej im bzdurze i czy mogą coś z tym zrobić, kiedy winni nie są. Czy, na przykład, rzeczywiście muszą znosić ewidentne wykorzystywanie ich bezsilności w obliczu konfliktu przyzwoitości i systemowej przemocy? Odpowiedzi na te dylematy już dawno udzieliło społeczeństwo: Chciałeś być nauczycielem, to teraz stój w szpagacie i zrób (za darmo) tak, żeby było (nam) dobrze. Jak nie, to poszczujemy na ciebie „wymyślających szkołę od nowa” i oni już ci wytłumaczą, że to ty jesteś odpowiedzialny za chciejstwo i brak wyobraźni decydentów i samego suwerena.


W zasadzie mógłbym w tym miejscu postawić kropkę na mylnie zaadresowanych pretensjach do nauczycielek i nauczycieli i żądaniach wobec szkoły niesprzyjającej kulturze fizycznej dziewcząt, ale chciałbym jeszcze Państwa zapoznać z kilkoma kwestiami, które w opisywanym tekście rozbawiły mnie do łez swoją naiwnością. Już we wprowadzającym akapicie Maria Hawranek epatuje czytelników szkolnym złem: „Sztuczny podział na aktywności dla chłopaków i dla dziewczyn […]”, „[…] nie ćwiczą w ogóle albo chodzą na dodatkowe płatne zajęcia – i to dopiero na takich zajęciach jest fajnie.”

Te dwa króciutkie wyimki zawierają w sobie mnóstwo treści, najwyraźniej dla Autorki niewidocznych i najprawdopodobniej nieczytelnych dla wszystkich, którzy w szkole upatrują całego zła tego świata, a jednocześnie, o dziwo, recepty na nie. W tekście próżno szukać wniosku, że nauczyciel’ka (nie tylko WF-u oczywiście) cały czas musi szukać „złotego” środka między wymogami stawianymi przez tak, a nie inaczej skonstruowaną podstawę programową, takimi, a nie innymi standardami, które musi wyegzekwować, a zupełnie niespójnymi, zmiennymi i nieskoordynowanymi oczekiwaniami uczniów i ich opiekunów. Ani słowa także o tym, że nauczyciel’ka musi nie tylko walczyć o realizację programu edukacyjno-wychowawczego, ale przede wszystkim z bezwładnością systemu, narzuconymi, często sprzecznymi celami, a także z uwarunkowaniami i kliszami kulturowymi, nieraz zupełnie odmiennymi od jego lub jej własnych przekonań. Dowiadujemy się za to, że podział na aktywności dla chłopaków i dla dziewczyn jest sztuczny. Autorka najwyraźniej nie zadała sobie pytania, kto go za taki uważa. 14-latka z Krakowa, która zawsze jest rozczarowana, że na WF-ie nie może grać w nogę? Postępowi i otwarci na łamanie stereotypów mieszkańcy wielkich miast? Najprawdopodobniej nie wyobraziła sobie, ilu rodziców, zbulwersowanych pomysłami nauczycielki, przyszłoby do szkoły z pretensjami, że delikatnym dziewczynkom każe się robić pompki, zamiast ćwiczyć na skakance. A tak od strony czysto praktycznej, z kim owa 14-latka miałaby grać w nogę? Z koleżankami, które potykają się o własne nogi, nie mówiąc o piłce? I które nie przestałyby jęczeć, póki genderowo uświadomiona nauczycielka nie zrezygnowałaby ze swoich postępowych innowacji? Autorka nie pomyślała też o posiniaczonych łydkach, które trzeba by potem ukrywać w spodniach, a przecież dla nastolatków bardzo ważne jest poczucie kontroli nad wyglądem – zepsuta fryzura lub makijaż mogą okazać się istotną barierą w uczestniczeniu w zajęciach. Czy dla wsparcia sportowych inklinacji jednej z wielu uczennic nauczycielka ma w szkole utworzyć jednoosobową sekcję kobiecej piłki nożnej?

Z tańcem dla 13-letniej Marty byłoby z pewnością łatwiej, ale też nie mamy pewności, czy cała reszta jej koleżanek o nim marzy. Poza tym, nauczycielka Marty ma do zrealizowania cele dyktowane przez podstawę programową i nie ma znaczenia, co o niej myśli. Odrobinę realizmu drodzy Państwo, nie oczekujmy od kucharza baru mlecznego, by dorzucał do karty dań potrawy mięsne – on może od czasu do czasu zaserwować prosty deser, ale nie spodziewajmy się niczego wyrafinowanego i to pięć razy w tygodniu.

Dochodzimy tu do oczywistej, nieusuwalnej właściwości oświaty publicznej, która jednak mądrzącym się o jej niedostatkach w ogóle nie przychodzi do głowy. Otóż korzystają oni z niskobudżetowej masówki, świetlicowego (a na dodatek państwowego) McDonald’s, nastawionego siłą rzeczy na szybkie zaspokojenie niewybrednych gustów milionów, a oczekują menu godnego przynajmniej trzech gwiazdek Michelin. [7] Wszyscy zdają się zdziwieni faktem, że za zajęcia celowane w określoną grupę i zapewniające zaspokojenie jej specyficznych potrzeb, trzeba zapłacić. Za kurs tańca, na którym rzeczywiście można nauczyć się salsy. Za aerobik, który poprowadzi osoba kompetentna, a nie ktoś, kto po godzinach obejrzał parę ćwiczeń na YouTube. Za jogę z kimś, kto nie musi się zastanawiać jak objaśnić ćwiczenie, nie mogąc ćwiczyć samemu. I jeszcze jedno, ale najważniejsze – z kimś, kto w ogóle nie będzie miał potrzeby zachodzić w głowę, czy wszyscy, którzy się na salsę czy jogę zapisali, są nimi rzeczywiście zainteresowani. Z kimś, kto nie będzie miał obowiązku przekonywania miłośników tańców latynoamerykańskich do jogi i odwrotnie. I vice versa, ci którzy przyszli poćwiczyć asany nie będą zaskakiwani i zmuszani do nauki kroków salsy, a amatorzy tego tańca przekonywani do trwania w padmasanie. I za to właśnie trzeba zapłacić. Co więcej, płaci się również za to, że takie zajęcia prowadzone są na ogół w miejscach do tego przygotowanych, które zaopatrzone są w odpowiedni sprzęt, w których prysznice, sanitariaty i miejsca pozwalające na relaks są normą, a nie wyjątkiem. To dlatego na takich zajęciach jest fajnie – zganianie wszystkiego na patriarchat (kulturowy, nie szkolny, bo szkoła nie funkcjonuje poza kulturą) niczego nie zmieni.

Przypisy

[1] Jakim cudem instytucja tak sfeminizowana pozostaje jednocześnie patriarchalną jest prawdziwą zagadką. Czyżby kobiety same uważały, że ten modnie potępiany model czasami się jednak sprawdza, a przynajmniej nie stanowi sedna konfliktu?

[2] Swoją drogą, to interesujące, co się stało z wychowaniem fizycznym, że kilka dekad temu, w znacznie gorszej sytuacji ekonomicznej, infrastrukturalnej i przy zdecydowanie mniejszej świadomości nauczycieli, „niećwiczenie” na WF-ie było formą kary i swoistym obciachem, a dziś zdaje się być wybawieniem od traumy i prześladowań.

[3] Oświata powszechna, podobnie jak szczęśliwie miniony ustrój, generuje całe mnóstwo problemów, z którymi potem statutowo walczy.

[4] Wielu ludzi naprawdę zdaje się wierzyć, że, po odpowiednim szkoleniu, nauczyciel’ka po prostu tłumaczy nieświadomym, że Marcysi nie wolno dokuczać, a ci, skruszeni, biorą to sobie do serca i dalej to już wszyscy razem żyją długo i szczęśliwie.

[5] Sam mam w tej kwestii wątpliwości, ale dotyczą one nie tyle samego zlikwidowania edukacyjnego przymusu, ile momentu, od którego ten powszechny obowiązek powinien przestać istnieć – wciąż się obawiam, że jakaś, choćby znikoma część młodego pokolenia mogłaby podlegać wykluczeniom, z racji nieodpowiedzialności rodziców i opiekunów.

[6] Do tego też z pewnością zmusza patriarchat, bo on jest winny z definicji.

[7] Cały czas pamiętam, że do wizyty w McDonald’s nikt nikogo nie zmusza, ale jeśli, w zgodzie z logiką, traktować całą oświatę publiczną jak przymusowy zakład poprawczy (bo w tej kwestii wyraźnej woli zmian jakoś nie widać), to czy i tak, w większości przypadków, nie otrzymujemy od niej więcej niż można się po takim zakładzie spodziewać?

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.