Bardzo lubię teksty prof. Stanisława Czachorowskiego – zawsze prowokują do refleksji, szukania punktów odniesienia, czasami polemiki. Nie inaczej jest w przypadku ostatniego, który miałem okazję przeczytać. Autor nawiązuje tu do tematu, który sam niedawno rozważałem i, jak już miałem się niejednokrotnie okazję przekonać, jest w kwestii przyszłości nauczycielskiej profesji i oświaty większym optymistą ode mnie. W przeciwieństwie jednak do setek artykułów i esejów, które o tej materii traktują w duchu siłaczkowego lub kołczowskiego optymizmu, ogląd profesora jest wyważony i pozbawiony taniego idealizmu. 

Jakiekolwiek prognozowanie procesów tak złożonych, że w zasadzie chaotycznych (nikt chyba nie wątpi, że polska oświata jest chaosem nawet z pominięciem jej obiektywnej złożoności) przypomina wróżenie z fusów i jest daleko posuniętą spekulacją, niemniej jednak wizja oświaty powszechnej jako nie tyle klasy, co szkoły odwróconej nosi znamiona prawdopodobieństwa. Jak już kiedyś wspomniałem, prof. Czachorowskiego cechuje nieco stoicki dystans do zmieniającej się rzeczywistości (prawdopodobnie pochodna perspektywy biologa) i swoiste pogodzenie się ze zmianami, jakie niesie ze sobą ewolucja. Jest to postawa bardzo mi bliska, ale jednocześnie w wywodzie Autora brakuje mi dwóch elementów.
Pierwszym jest nieobecność czynnika sprawczego, który miałby pchnąć oświatę na te właśnie, nowe, naszkicowane w tekście tory. Zgadzam się, że takim dotąd niezidentyfikowanym, w tej chwili niezauważanym i niedocenianym gamechanger’em może być bieżąca lub następna pandemia i konieczność nauczania na odległość – problem w tym, że jak widać z narracji dominującej, wymóg chwili został potraktowany przez władze oświatowe nie jako wyzwanie i szansa na reakcję w czasie rzeczywistym, ale jak plaga stonki. Miałem wręcz wrażenie, że rząd i ministerstwo walczą nie tyle z COVID-19, co ze zdalną edukacją. Co więcej, negatywnie nastawiona do indywidualizacji i decentralizacji procesu nauczania jest duża część środowiska, i to nie tylko ze względu na jego przysłowiowy konserwatyzm, niedouczenie oraz naturalną (i usprawiedliwioną) obawę przed zmianami, ale w dużej mierze z uwagi na głęboko już zakorzeniony „nowy paradygmat”, czy też raczej jego karykaturę. Podejście to stopniowo i metodycznie ubezwłasnowolnia uczących się i, pod pozorem troski, szantażuje ich powszechnym obowiązkiem i koniecznością zdawania fasadowych egzaminów z miękkich kompetencji, których nie jest w stanie nauczać. Scedowanie na prawa rządzące chaosem tak głębokiej i fundamentalnej przemiany mentalnej, która musiałaby się dokonać w umysłach wyborców decydentów, by z tej równi pochyłej zawrócić, nie wydaje mi się przekonujące. Mamy czekać na osiągnięcie dna, na którym przestaną obowiązywać wszelkie dotychczasowe reguły i wyłoni się nowy porządek rzeczy? No, cóż, to też jest jakiś sposób, ale trzeba sobie zdawać sprawę, że walnięcie o dno nie będzie dotyczyć jedynie oświaty, bo ona nie jest bytem osobnym. Można też potraktować ewolucyjną analogię bardziej dosłownie i dać naszemu systemowi przynajmniej paręset lat na kumulację mutacji i ich sprzyjającą oczekiwanym zmianom kombinację.


Drugim brakującym elementem w tej prognozie zmian jest sam podmiot edukacyjny. Podobnie jak w większości rozważań poświęconych dobrej (bo niedoszłej) zmianie w edukacji, w tekście prof. Czahorowskiego uczniów praktycznie nie ma. Wszystko dzieje się z perspektywy systemu, szkoły, pogubionego nauczyciela – przedmiot/podmiot edukacji jest traktowany jako constans, statyści, którzy mają odegrać swoją rolę, bez wglądu w scenariusz. Tutaj stało się tak prawdopodobnie z troski o jasność przekazu i skrótowość formy, niemniej jednak, wbrew politycznie poprawnym założeniom nowego myślenia o edukacji, problemy oświaty nadal omawiane są najczęściej przy założeniu nieruchomości i stabilnego umocowania przedmiotu obróbki szkolnym skrawaniem. Oczywiście wszystko w trosce o jego dobro i świeżo nabytą, kruchą podmiotowość, której wszystko, a zwłaszcza wolność wyboru mogłoby zaszkodzić.
Idea szkoły odwróconej, opartej o dostępne i rozwijane na bieżąco technologie, przedstawiona jako wyjście z impasu szkoły alfabetyzującej, infantylnej, ideologicznie umoczonej, skompromitowanej i niewydolnej merytorycznie, niedofinansowanej i opresyjnej jest dobrze umocowana w realiach technologicznych współczesnego świata i umotywowana logiką rozwoju jednostkowego, kusząca i o niebo bardziej pociągająca niż rozmaite coś-tam-coś-tam-dydaktyki, mnożące się ostatnio jak króliki. Nadal jednak, jak wszystkie inne, lepsze i gorsze koncepcje, stoi przed wyzwaniem znalezienia swojego mechanizmu napędowego i uwolnienia się od paradygmatu myślenia i decydowania za swoich użytkowników. Obydwa wymienione czynniki po prostu nie dają się zignorować i nie można ich pomijać, jeśli jakakolwiek koncepcja edukacyjna ma nie obawiać się weryfikacji.
W konsekwencji powinniśmy jasno i otwarcie mówić o tym, że nasze oczekiwania/przewidywania/marzenia nie spełnią się dlatego, że trafiają nam do przekonania i hipotetycznie dobrze służą sprawie oświaty, ale dlatego, że zapewnimy im warunki ustrojowe, polityczne i ekonomiczne, w których dowolna postać edukacji, przemawiająca do jej odbiorców ma szanse ewoluować (a więc konkurować z innymi). Historia naturalna uczy nas, że wynalazki ewolucji powstają w wyniku presji środowiskowej, a nie oddolnej inicjatywy gatunków, pragnących się rozwijać w kierunku dowolnym. Obecnie istniejąca presja na oświatę publiczną jest słaba i nieukierunkowana. I taka pozostanie, bo świat się komplikuje i o jednomyślność, czy choćby jej pozór, jest coraz trudniej. Jeśli nie chcemy biernie czekać, aż nasza idea zejdzie z drzewa, lub po przypadkowej katastrofie otrzyma od losu swoje ewolucyjne pięć minut, jedyną drogą jest praca organiczna nad racjonalnością i kulturą polityczną społeczeństwa, tak by skłonne było zaakceptować oświatowy liberalizm, gwarantujący rozwiązania różnorodne, a nie jedyne możliwe, narzucone przez okoliczności lub wystarczająco silny autorytet.
Szanse na sukces w tej mierze są raczej znikome bez czegoś, co cytowany przez prof. Czahorowskiego Andrzej Pieńkowski, przez analogię do medycyny, nazwał Evidence-Based Education i co od kilku już dekad jest w oświacie powszechnej w zdecydowanym odwrocie, wypierane przez para socjalistyczną ideologię, myślenie magiczno-życzeniowe i cargo cult. W takich realiach trudno przekonywać społeczeństwo do jakichkolwiek rozwiązań, nie przedstawiając spójnych, przemawiających za nimi argumentów. Z drugiej strony, jeszcze trudniej oczekiwać percepcji jakichkolwiek argumentów od targetu, któremu wmawia się na każdym kroku, że żeby się czegokolwiek nauczyć wystarczą ludzkie (sic!) kompetencje, który masowo i systematycznie odzwyczaja się od myślenia racjonalnego, który chowa się na postmodernistycznym nonsensie, równoważności narracji naukowej i bełkotu oraz na poszanowaniu bzdury, jako wcieleniu wolności słowa.
Mimo to, tym razem to ja będę od panów Czahorowskiego i Pieńkowskiego większym optymistą, bo podejrzewam, że mamy jeszcze trochę czasu, dwa, trzy, może nawet pięć pokoleń na otrzeźwienie, zanim zapowiadana AI (a przynajmniej zaplecze informatyczne, zdolne przekonać do siebie/uzależnić masy swoją niezawodnością i prostotą obsługi) nastanie i z radością zdamy się na narzucony przez nią oświatowy algorytm. Mój bardzo ostrożny optymizm jest natury probabilistycznej – dostrzegam szansę, ale także jej znikome prawdopodobieństwo. Systemowy powrót do edukacji opartej o zmienną, bo ewoluującą wiedzę, szacunek do nauki i jej zdobyczy, krytycyzm wobec ideologii i taniej afektacji jest tylko trochę bardziej prawdopodobny niż odwrócenie obecnych trendów klimatycznych. Jeśli jednak z góry machniemy na tę znikomą możliwość ręką, tak jak machnęliśmy nią na los białych niedźwiedzi i milionów ludzi, którzy uciekać będą z zalewanych bądź pustynniejących terenów, to powoływanie się na „na różne platformy”, „projekty edukacyjne mocno wspomagające szkolną edukację”, „płatne i bezpłatne zasoby” i „ społecznościowe grupy Superbelfrów i innych grup nauczycieli oraz fundacji” będzie już niedługo jedynie kwiatkiem do kożucha. Nie zdążymy odzyskać (a raczej uzyskać) kontroli nad swoją własną edukacją i z całą pewnością jej zdobywanie będzie dużo mniej sprawiedliwym i ludzkim procesem niż oświatowy liberalizm, którego wielu dziś tak bardzo się obawia.


Prawdopodobieństwo powodzenia w walce o samodzielność i samoświadomość edukacyjną wydatnie zmniejszają zaczadzeni socjaldemokratyczną ideologią, zatroskani losem obywatela i jego podmiotowości ideolodzy pedagogiki. Ich zamierzona lub nieuświadomiona hipokryzja jest jednak bardzo łatwa do zdemaskowania – pod płaszczykiem reprezentowania interesów biednych, nieświadomych, uciśnionych i wykluczonych (tylko tacy ich interesują), z mniejszą lub większą premedytacją i determinacją walczą o ich uprzedmiotowienie, ubezwłasnowolnienie i przekształcenie w jednorodną masę, której rozdaje się ersatz edukacji, którą „docenia się za kropkę” i pilnuje, żeby przypadkiem nie zdobyła jakichś „nieludzkich” kompetencji. W takim klimacie, nie można wprowadzić szkoły odwróconej dla uczniów odwróconych od niej, oczekujących od nauczyciela tańca na metodycznej rurze, traktujących swoją edukację jako przykry, bo narzucony obowiązek, a nie przywilej, posiadający wymierną wartość. Szkoły odwróconej nie da się także realizować z ludźmi, którzy każde zadanie traktują jako wymysł, upierdliwość, którą należy obejść od pokoleń trenowanym cwaniactwem. Szkoła odwrócona nie jest także dobrym pomysłem dla tych, którzy nie są w stanie samodzielnie odbierać, przetwarzać i rozumieć dowolnego przekazu, czyli robić tego wszystkiego, czego szkoła dotychczasowa i ta wyśniona (podobno fińska) skutecznie ich oduczyła. Mam tu na myśli kozła ofiarnego współczesnej myśli pedagogicznej, czyli percepcję transmisji.
Na odzyskanie tej utraconej kompetencji, a przynajmniej wprowadzenie klimatu temu sprzyjającego, potrzeba kilku dziesięcioleci. Czy zdążymy tego dokonać? Czy jesteśmy w stanie przekształcić wiedzę w towar pożądany, a z nauki uczynić mechanizm ekonomicznie promujący i społecznie nobilitujący? Wiele wskazuje, że AI nas wyprzedzi. Czy będzie zainteresowana naszą edukacją w równym stopniu jak my nie jesteśmy? W tej kwestii nie jestem w stanie wykrzesać z siebie nawet odrobiny optymizmu – prawdopodobnie się od nas odwróci…

Robert Raczyński

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.