Jeżeli ktoś myślał, że PIS-owska kampania o rząd dusz sprowadza się do prymitywnej propagandy i medialnego podlizywania się elektoratowi, który nie dość, że nie wstał z kolan, to jeszcze dotąd nie zszedł z drzewa, to niestety się mylił albo też oczarowany ostatnimi zaleceniami OECD uznał, że optymizm jest najwyższą cnotą. Trzeba być doprawdy niepoprawnym optymistą, dzieckiem, sklerotykiem lub idiotą, żeby nie dostrzegać dyktatorskich ambicji “naszej” władzy, które, póki co, wciąż są jeszcze zakusami, ale biorąc pod uwagę skuteczność techniki powolnego gotowania żaby, wkrótce mogą stać się naszą codziennością.

Mierzenie

Kolejnym, nadal niedostrzegalnym dla gotowanych żab przykładem (be)zmyślności obecnych “organów”, godnym ich antenatów z Mysiej, który skłonił mnie do pisania tych słów, jest próba cenzurowania przedstawienia teatralnego przez Małopolskie Kuratorium Oświaty, w osobie pani Barbary Nowak.

Ironią losu, a jednocześnie nader oczywistym, niemal automatycznie się nasuwającym memento, jest fakt, że owym przedstawieniem znów są Dziady. Najwyraźniej w dziele Mickiewicza tkwi jakiś ponadczasowy, obrazoburczy potencjał, który trwoży każdą władzę o ciągotach totalitarnych, niezależnie od czasów i realiów historycznych – dramat w równym stopniu, choć z różnymi na szczęście konsekwencjami, zawadzał zaborcom, PRL-owskiej władzy ciemniaków-szmaciaków i ich dzisiejszym ideowym, prawym inaczej, i sprawiedliwym inaczej spadkobiercom. Mimo prymitywizmu wyobrażenia o skuteczności takich działań, wszyscy oni zdawali i zdają sobie sprawę, że kultura to ważny front walki o władzę nad tymi poddanymi sobie obywatelami, których podejrzewali o umiejętność samodzielnego myślenia, kojarzenia faktów i dostrzegania aluzji. Także dzisiejsi funkcjonariusze najlepszej ze zmian, wyobrażają sobie najwyraźniej, że ludzie pozbawieni niepoprawnych, prowokujących do myślozbrodni bodźców, pozwolą na jeszcze jedną kadencję dojenia państwowych spółek. Być może, posiłkując się miękką jeszcze cenzurą, roją sobie, że jest to szlachetne, humanitarne działanie, lepsze niż ustawianie naziolskich bojówek “chroniących” polskie teatry przed ekstremistyczną publicznością, której znów “wszystko się kojarzy” i narażanie się na ostracyzm tej lewackiej Europy, której pieniędzy w dalszym ciągu się potrzebuje?

Nadzieje te są na tyle usprawiedliwione, że dziś próżno oczekiwać, by tego rodzaju kuratoryjna prewencja spotkała się z równie wybuchową reakcją, co w latach 1967-68, bo nawet kontrowersyjne spektakle nie są już przedmiotem bardzo ograniczonej, społecznej debaty dłużej niż kilkadziesiąt godzin. Emocji nie wywołuje się już tak łatwo i, co widać od kilku lat w Polsce i paru jeszcze miejscach na świecie, żaby gotuje się coraz łatwiej. Szkoła, oddana praktycznie bez walki postmodernistycznej idei szacunku dla każdej bzdury, ma w tym swój niebagatelny udział. Sprzedanie się jakiejkolwiek ideologii, skutkuje podatnością na inne. Ogólne znieczulenie na treść przekazu wynika z jej otępiającego braku. Wobec pustej formy, wypranej ze wszystkiego, co dla uprzedmiotowionego podmiotu mogłoby być niestrawne lub wymagać refleksji, łatwość wypełnienia jej “prawością i sprawiedliwością” musi być dla nowego, partyjnego betonu wielce kusząca.

fot. Bartek Barczyk
fot. Bartek Barczyk/Teatr im. Juliusza Słowackiego w Krakowie

Załączony obrazek pokazuje, jak w praktyce będzie wyglądało oddanie szkół pod władztwo kuratorów, którzy, zgodnie z logiką moralności zdalnie sterowanej, będą się teraz “wykazywać” prawomyślnością. Jak kraj długi i szeroki, zawsze można liczyć na lojalność sztabu nowaków, którym w potrzebie, gdy nadejdzie czas, wyśle się na pomoc wierne armie bąkiewiczów. Jaśnie urzędujący pan minister oświaty już publicznie pochwalił swoją wierną żołnierkę (której od dawna należał się awans za wyjęcie masturbacji spod prawa), za danie odporu nawale dziadostwa. Biorąc pod uwagę niepewną orientację patrona teatru (Teatru im. Juliusza Słowackiego w Krakowie, w którym 120 lat temu miała miejsce premiera Dziadów w inscenizacji Stanisława Wyspiańskiego) aż dziw bierze, że nie wymógł na ministrze kultury z tabletu jego natychmiastowego zamknięcia. Ludzki pan. Optymiści, niedowiarki i pożyteczni idioci mogą się pocieszać, że w tym przypadku pani Nowak sprawiła się lepiej, niż jakakolwiek agencja reklamowa (spektakl wyprzedano do lutego), ale ważniejsza w tym wypadku wydaje się reakcja szkół, nauczycieli i reszty żab.

                                                    fot. Bartek Barczyk/Teatr im. Juliusza Słowackiego w Krakowie

Nie spodziewałbym się w najbliższym czasie zbyt wielu szkolnych pielgrzymek do rzeczonego teatru, nawet gdyby bilety były wciąż dostępne – dyrektorzy szkół, którym niebacznie przyszłaby do głowy taka eskapada, mogliby wkrótce spodziewać się łaskawego zainteresowania ze strony pogromczyni nastoletnich aktywistek klimatycznych i innych, jej podobnych dulskich. Niemniej jednak, jest to kolejna okazja, by postawa i stanowisko środowiska nauczycielskiego nie kojarzyły się w tym kraju jedynie z żałosnym (bo niezdecydowanym) wykłócaniem się o pensje. Po tym, jak samozwańczy „konserwatysta” podyktował już, kto jest godny do szkoły chodzić, a kto w niej uczyć, po tym, jak wskazał już właściwe miejsce warowania kobiet (jakby nie było stanowiących zdecydowaną większość w tej profesji) i zamierza dalej podporządkowywać oświatę swoim światopoglądowym zafiksowaniom, przydałby się donośny głos wszystkich tych nauczycieli, którzy uważają ideologizację szkoły za szkodliwą i chcieliby móc uczyć literatury i innych przedmiotów bez nacisków i wytycznych od wszystkich wiedzących lepiej. Niestety, tego również się nie spodziewam. Owszem wielu będzie coś tam przebąkiwać po kątach, że jak tak można, że się nie godzi i że znowu ktoś chce zakładać kulturze kaganiec, ale żadna centrala związkowa, ani żadna inna forma nauczycielskiej organizacji nie wyjdzie przecież na ulice, w obronie wolności wypowiedzi i swobody treści nauczania. Ta żaba jest już na wpół ugotowana.

Dziady
Bartek Barczyk/Teatr Słowackiego w Krakowie

Najśmieszniejsze w tej kuratoryjno-ministerialnej farsie jest to, że przedmiotem “dyskusji” nie są ewentualne walory przedstawienia lub ich brak, jego poziom artystyczny, który, zanim pani kurator raczyła się nim zainteresować, nie wzbudził jakiejś szczególnej atencji krytyków – problemem, jak zwykle w przypadku tej najlepszej ze zmian, jest święte przekonanie o posiadanej racji i licencji na prawdę. Na spektaklu nie byłem (podobno całkiem niezły, choć z przewidywalnym przesłaniem) i ciekawy jestem, czy pani Nowak popełniła swój występ, wiedząc o czym pisze, ale jednego jestem pewien: Choćby reżyserka uczyniła bohaterem sztuki transwestytę, onanizującego się do portretu Grety Thunberg, pani kurator, jako osobie publicznej, reprezentującej władzę państwową, nie wolno cenzurować dzieł kultury, nawet gdyby w jej najszczerszym przekonaniu były najgorszą szmirą, pozbawioną jakichkolwiek wartości artystycznych. Teatr (sztuka w ogóle) musi bronić się sam, wolny od jakichkolwiek wytycznych, wpływów i zachcianek rządów o dowolnej proweniencji. O tym, czy przedstawienie było dobre i warte obejrzenia może decydować jedynie publiczność, tak jak o przydatności dowolnego towaru, ostatecznie decyduje jego nabywca. Podkreślę jeszcze raz, żeby nikt nie posądził mnie o jakiekolwiek skrzywienie ideologiczne, że cenzorskie zakusy mierżą mnie niezależnie od światopoglądu cenzora – jest mi dalece obojętne, czy dostęp do kultury chce mi reglamentować prawicowy, czy lewicowy oszołom, czy będzie to usłużna kurator, która wie i chętnie podyktuje, na co młodzież może chodzić do teatru, czy też banda politycznie poprawnych idiotów, robiących z Sienkiewicza rasistę.

Ponieważ nikt nie upoważnił mnie do wypowiadania się w imieniu środowiska nauczycieli, mogę jedynie wyrazić swoją własną opinię i zaproponować kolegom i koleżankom przekorne wykorzystanie w przyszłym roku pieniędzy, które pan minister przeznaczy (jeśli przeznaczy) na promocję swojej wizji polskości, dyktując jednocześnie cele szkolnych wycieczek. Jeśli odwiedzicie Państwo naszą stolicę w celach wyższych, zabierzcie nowe pokolenie kijanek, na małą chwilę, na Mysią. Będzie to wycieczka niemal zupełnie wirtualna, bo wiadomy budynek już nie istnieje, ale warto im wytłumaczyć na miejscu, że wybór tego, co chcielibyśmy obejrzeć albo przeczytać nie zawsze polegał i nadal nie zawsze polega na przestudiowaniu repertuaru kin, teatrów czy ofert księgarni i internetowych przeglądarek. Słaba to nadzieja, ale zawsze jakaś – być może żaby z nich wyrosłe nie dadzą się już dalej gotować na wolnym ogniu.

ODWIEDŹ BLOG AUTORA

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *