Pandemia COVID-19 wywróciła nasz świat podszewką na wierzch. Przed wirusem praca i konsumpcja były podstawowymi obszarami naszego życia, obecnie doświadczamy, jak dalece można zredukować czas spędzany w miejscu pracy, w sklepach, na zakupach on-line. Zastanawiamy się, na co wydamy kolejną premię, gdzie pojedziemy, bo przecież trzeba wkleić jakieś zdjęcia na portalach społecznościowych. 

To, co najważniejsze

Przed pandemią dzieci spędzały czas poza domem: w przedszkolach, szkołach, a potem na zajęciach dodatkowych, bez których zdawało się nie można żyć. Pandemia udzieliła nam lekcji życia – dziesiątki i setki razy przekonywaliśmy się, że większość potrzebnych rzeczy mamy, a to, czego nie mamy, jest nam zazwyczaj zupełnie niepotrzebne. 

Przekonaliśmy się, że to, co najcenniejsze, nie jest do nabycia za pieniądze. Proporcje się odwróciły: umiejętność bycia ze sobą okazała się ważniejsza i trudniejsza od pracy zarobkowej. Okazało się, że wielu rodziców „oszaleje”, jeśli jeszcze tydzień pozostanie w domu ze swoimi dziećmi. Inni dostrzegli brutalną prawdę: proces nauczania, przekazywania ze zrozumieniem wiedzy, towarzyszenia w tym procesie, nie jest ani łatwy, ani przyjemny, jak dotąd myślano. 

Czy wiele z obecnych frustracji nie wynika z faktu, że gdzieś pod skórą czujemy, że świat, który dotąd z takim pietyzmem budowaliśmy jest tak naprawdę zmanipulowaną ułudą? Iluzją, w której niby zdjęto z nas część odpowiedzialności – to państwo zadba o nasze finanse – nie masz: dostaniesz z socjalu, z jakiegoś programu plus, a jak nie to państwo złe. Dzieckiem zajmie się żłobek, przedszkole – nakarmi, przewinie, nauczy, pokaże świat, zajmie się, gdy gorączka, dysfunkcja, depresja – a jak nie to szkoła zła, nauczyciele źli. Zdrowie magiczną różdżką przywróci lekarz, pigułka usunie wszystko.

Nie ma powrotu do tradycyjnej szkoły

Tak bardzo chcemy powrotu do poprzedniego świata, tak bardzo, że nie dopuszczamy do świadomości, że tak jak było nigdy już nie będzie. Za dużo wody upłynęło w rzekach i kranach, za bardzo zmieniliśmy się my. Nie będzie też tradycyjnej szkoły, nie może być. Wymuszona przez pandemię praca zdalna przyspieszy procesy technologiczne, które doprowadzą do dalszego izolowania ludzi od siebie, również do nauki on-line. Czy studia na amerykańskiej, chińskiej, czy francuskiej uczelni nie staną się możliwe, bo zniknie wiele ograniczeń, choćby finansowych? Jestem w swoim domu, a jednocześnie uczestniczę w wykładzie na Oxfordzie.

Czy zamiast czekać na powrót do szkół, który niby przywróci ład i porządek świata, zamiast wmawiać sobie i młodym ludziom, że jak znów usiądą w ławkach to wszystko będzie super pięknie i wspaniale warto uświadomić sobie, że to MY odpowiadamy za siebie? Straconym pokoleniem nie jest to, które przez strajk, czy pandemię nie miało lekcji, albo uczyło się on-line, ale to, które czeka, że ktoś magicznie wleje im w głowę wszystko, co potrzeba. Ktoś będzie odpowiedzialny za ich porażkę, słaby wynik na teście czy maturze. Dotąd to nauczyciel był rozliczany za wyniki, nauczycielowi zależało bardziej, czuł większą presję. A dlaczego nie uczeń? Młodzież nie ma kontaktów rówieśniczych. I to też niby przez zamknięte szkoły. Gdzie przyjaźnie z podwórka? Sąsiedztwa? Gdzie kuzyni, kuzynki?  Oni wszyscy zniknęli dawno przed pandemią. Na korytarzach uczniowie z telefonami. Jeden przy drugim wlepiony w ekran, niby w grupie, a często sami. Kolejna ułuda, przerzucenie funkcji rodzicielskich na instytucję. 

Powrót do normalności nie tylko jest niemożliwy. Jest również niepożądany.

Czas przed pandemią nie był przecież normalnością.

Był nienormalnością.

Beata Wermińska

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *