Początkowo myślałam, że to nie jest dobry moment na ten tekst. Bo przecież jest pandemia, wszyscy mamy dosyć zdalnej edukacji, dzieciaki siadają psychicznie, nauczyciele i nauczycielki żyją szczepionkami i jakaś partycypacja to teraz pewnie ostatnia rzecz, którą ktokolwiek miałby ochotę zaprzątać sobie głowę. 

rys. Anna Staśkiewicz

I wtedy przypomniałam sobie, że moje koleżanki i koledzy z pracy właśnie przygotowują kilka warsztatów, które przeprowadzą dla nauczycieli na zlecenie Institut für Qualitätsentwicklung MV (Instytutu Rozwoju Jakości przy Ministerstwie Edukacji landu Meklemburgia-Pomorze Przednie) właśnie w obszarze partycypacji dzieci i młodzieży ze szczególnym uwzględnieniem wyzwań związanych ze zdalnym nauczaniem. Uświadomiłam sobie jak daleko jesteśmy. Niemcy mają pedagogikę demokracji, w większości szkół nie robi się już z demokracji tematu lekcji, tylko uczy się jej poprzez modelowanie. Bo przecież nie uczymy się mówić dlatego, że ludzie organizują nam zajęcia z mówienia, ale dlatego że wszyscy wokół do nas mówią. A w polskiej szkole? No cóż, dalej drepczemy w miejscu, uprawiając demokrację co najwyżej na papierze, a coś takiego jak pedagogika demokracji nie funkcjonuje w naszym nauczycielskim języku nawet jako pojęcie.  

Perspektywa I-III             

– Mamo, po co Pan kazał wybrać skarbnika?

– Nie rozumiem?

– No najpierw powiedział, że skarbnik to bardzo ważna funkcja a potem przez cały rok nie miał dla mnie żadnego zadania…

Perspektywa IV – VI                                                                                                                                                                                                                                                         

Kto został gospodarzem?

– Jędrek.

– Jędrek? Przecież miał w tym roku zrezygnować?

– Niby tak, ale zebrania są w czwartki na dużej przerwie i zawsze się przedłużają, a my potem mamy historię, a on nie lubi babki od histy…

Perspektywa rodzica                                                                                                                                                                                                                                                       

– Dzień dobry pani dyrektor, kto jest przewodniczącym Samorządu Szkolnego? Chcieliśmy do tego Budżetu Obywatelskiego też dzieci zaangażować…

– Pani Beata.

– Nie, nie chodzi nam o opiekuna Samorządu, tylko o przewodniczącego. Kto z dzieci jest przewodniczącym?

– A to nie wiem, ktoś z ósmej klasy pewnie…

Takie przykłady można mnożyć. Wychowawca na pierwszym zebraniu na początku roku szkolnego zwraca się do siedzących na krzesełkach dla krasnoludków rodziców:  

– Proszę Państwa, musimy wybrać trójkę klasową. Proszę się nie martwić. Nie trzeba nic robić…                                                                

Albo dialog na na zebraniu rady rodziców:                                                          

– Proszę Państwa, musimy wybrać przewodniczącego.                                                                                                                                                                                                    

– Ale my się nie znamy…                                                                                                                                                                                                                     

– To nic, musimy wybrać…                                                                                            

Albo program wychowawczy szkoły, który teoretycznie powinien być ustalony przez radę rodziców w porozumieniu z radą szkoły a w praktyce ustalany jest przez radę pedagogiczną i podsuwany do podpisu przewodniczącemu lub przewodniczącej rady rodziców.

Wszystkie przytoczone wyżej sytuacje są przykładem na partycypację pozorowaną powszechną. To pozorowanie działań stało się codziennością, przyzwyczailiśmy się do takiego funkcjonowania bo… zawsze tak było, taki modus operandi wtopił się w krajobraz szkoły i to uczyniło go niewidocznym. Ba, wiele nauczycielek i nauczycieli żyje zapewne w głębokim przekonaniu, że ich placówka bardzo dobrze wypełnia zadania wynikające z przepisów o funkcjonowaniu organów społecznych szkoły. I rzeczywiście, przepisy są wypełniane, z tym, że tylko w takim stopniu, w jakim podlegają zewnętrznej kontroli. Czyli w segregatorach wszystko się zgadza. To, że faktyczny sposób funkcjonowania tych organów jest wręcz zaprzeczeniem prawo- i samorządności, nie ma już większego znaczenia.  Chciałabym mocno podkreślić, że nie chodzi mi o to, ile imprez w roku szkolnym organizuje Samorząd Uczniowski, ale o to, ile z tych imprez jest od początku do końca inicjatywą uczniów i uczennic. Jakoś słabo mogę sobie wyobrazić, że to od dzieci wychodzą pomysły świętowania Dnia Dziecka na sali gimnastycznej z przedstawieniami w j. angielskim o tematyce ekologicznej… W tym miejscu chciałabym też zadać pytanie wszystkim nauczycielom i nauczycielkom: Kiedy ostatni raz zapytaliście rodziców swoich uczniów i uczennic, czy poleciliby Waszą szkołę znajomym? Dlaczego tak? Dlaczego nie?  O to samo pytam rodziców dzieci szkolnych: Kiedy ostatni raz z takim pytaniem zwróciła sie do Was szkoła Waszych dzieci? Czy o problemach w szkole można mówić głośno i otwarcie, czy tylko z niektórymi i nieoficjalnie? Piszcie w komentarzach, śmiało.

Wiem, że istnieją w Polsce szkoły, które przestrzeń do rozmowy i współdecydowania mają w swojej kulturze organizacji. Kilka z nich miałam szczęście spotkać na swojej drodze, jednak to ciągle jeszcze bardziej egzotyka niż oczywistość.

Jakie są tego konsekwencje? Dla wyznawców rankingów zaryzykuję stwierdzenie, że żadne. Dla krytycznie myślących… no cóż, wystarczy wyjrzeć za okno. Dlatego uważam, że mamy obowiązek pochylić się nad tym, co takie doświadczenia robią dzieciom na przyszłość. A postulaty wynikające wprost z salutogenezy są jasne. Żebyśmy jako ludzie mogli się rozwijać na miarę naszego potencjału, muszą być spełnione trzy warunki: musimy rozumieć otaczającą nas rzeczywistość, musimy mieć poczucie sprawstwa i widzieć sens tego, co robimy.

Jaki jest sens wybierania skarbnika w pierwszej klasie szkoły podstawowej?

Jakie kompetencje ma realnie rada rodziców? Poza opiniowaniem, które realnie ma takie samo znaczenie jak gwizdanie…                     

Ile działań podejmowanych przez szkolny samorząd to od początku do końca inicjatywa uczniów i uczennic?                                                                                     

Jeżeli w wyborach na przewodniczącego samorządu uczniowskiego startują uczniowie i uczennice klas od 4 do 8 to jakie szanse mają dziewczęta i chłopcy z czwartej klasy? A co z dziećmi z klas 1-3? W ilu szkołach działa Mały Samorząd?

Systemowa farsa

Czego uczy się zatem młody człowiek realizujący obowiązek szkolny i przez szereg lat uczestniczący w tej farsie? Systemowo odbierane jest mu poczucie sprawstwa, zaangażowanie a przede wszystkim poczucie wpływu i nierozerwalnie z nim łączące się poczucie odpowiedzialności za siebie i za innych. W konsekwencji daje sobą manipulować i wierzy w nieprawdy. Trudno jest potem winić ludzi za to, że nie angażują się w coś, co jest ustanowione z zewnątrz. Skoro raz uznali, że nie mają wpływu na szkołę, to nie interesują się nią również posyłając do niej swoje dzieci. W takiej sytuacji raczej niemożliwe jest, aby jakość edukacji przedostała się jako palący problem do głównego nurtu publicznej debaty. Póki co bardziej palące wydają się być problemy związane z gotowaniem, modą, motoryzacją i sportem. Te przynajmniej doczekały się już swoich działów w popularnych serwisach internetowych i dedykowanych kanałów TV.

Dlatego moim zdaniem dużo ciekawsza jest odpowiedź na pytanie czego NIE uczymy w polskiej szkole. A nie uczymy tego, jak działa prawdziwa demokracja. W konsekwencji młodzi ludzie wychodzą w świat bez przekonania, że są kimś ważnym, że ich zdanie się liczy, że warto się angażować, że można się ze sobą nie zgadzać, ale trzeba umieć zadbać o poziom dyskursu, że to rolą większości jest zadbanie o to, aby mniejszość została wysłuchana i w końcu, że nie na wszystko musimy się zgadzać a zastany porządek rzeczy nie tylko można, ale wręcz należy kwestionować. Przekłada się to potem 1:1 na jakość życia, dbanie o swój dobrostan, sposób funkcjonowania w miejscu pracy i w lokalnych społecznościach. Wnioski nasuwają się same.           

W tym kontekście chciałabym zadać kilka pytań do refleksji:

Jakie metody demokratyczne stosuję na co dzień?

Czy jestem demokratycznym nauczycielem?

Czym różni się szkoła w państwie demokratycznym od szkoły w państwie autorytarnym?

Niech się dobre rzeczy dzieją w edukacji. Dbajcie o siebie.

Dorota Trynks

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *