Nowe technologie wywołują zwykle spore poruszenie i całą gamę mniej lub bardziej adekwatnych reakcji społecznych. Naturalnym jest, że techniki informatyczne, a zwłaszcza szersze zaistnienie w ogólnej świadomości potencjału sztucznej inteligencji, pobudza wyobraźnię i skłania do refleksji nad ich wykorzystaniem w oświacie. Taką refleksję miała z pewnością stanowić konferencja “Edukacja dla przyszłości”, zorganizowana przez Stowarzyszenie Cyfrowy Dialog.

Sądząc z jej krótkiego podsumowania na łamach Edunews.pl, na konferencji pominięto bardzo istotny element zagadnienia – kwestię komu tak naprawdę zależy, by nowoczesne technologie znalazły właściwe (to znaczy jakie?) miejsce w edukacji. To pytanie tylko z pozoru jest retoryczne, gdyż odpowiedź, że zależy wszystkim, najwyraźniej uznana przez uczestników za oczywistą, nie wytrzymuje konfrontacji z realiami [1] . Jest to dość typowe dla wszystkich inicjatyw tego rodzaju – organizatorzy i uczestnicy z reguły zakładają, że sama teoretyczna słuszność propagowanej idei i potencjalne zyski z jej upowszechnienia stanowią wystarczający powód, by dziwić się, że nie zdominowała ona jeszcze interesującej ich dziedziny. W tym wypadku również optymistycznie założono, że wykorzystanie technologii w edukacji jest jakimś ogólnie pożądanym dobrem społecznym, zasobem, z którego pragną i powinni czerpać wszyscy, ku wspólnej korzyści.

Niezależnie od obiektywnej wartości tego założenia, jest to wyraz, jeśli nie naiwności, to błędnie rozumianego optymizmu. Optymizmu, który bardzo utrudnia efektywne zmierzenie się z problemem. Kiedy dokładnie przyjrzymy się ewentualnym zainteresowanym, szybko zorientujemy się, że taki optymizm jest jedynie jeszcze jednym rodzajem korporacyjnej mantry. Potencjalnie największy beneficjent przesłania płynącego z konferencji, a więc podmiot oświaty publicznej, jest jak najbardziej zainteresowany nowoczesnymi technologiami, ale nie w stopniu, ani nie w zakresie pożądanym przez tych, którzy owe technologie widzą kluczowymi dla nowoczesnej oświaty. Uczennice i uczniowie rzeczywiście zainteresowani takim przesłaniem odzwierciedlają, jak się zdaje odsetek tych, którzy w przyszłości będą dążyć do wykorzystania swojej wiedzy profesjonalnie. Reszta skupi się na biernym korzystaniu z dobrodziejstw techniki i informatyki, nie zaprzątając sobie głowy ich „właściwym”, efektywnym i prorozwojowym użyciem, tak jak czyniły to wszystkie wcześniejsze pokolenia.

Czy jest to aż tak zaskakujące? Bądźmy realistami, czy ktokolwiek nauczył się korzystać z telefonu w szkole? Czy ktokolwiek w pełni wykorzystuje potencjał nawet słabszych jego modeli, dostępnych na rynku? A może ktoś z Państwa miał w szkole zajęcia z obsługi magnetofonu, który mógł przecież w swoim czasie wydatnie pomóc w rozmaitych sytuacjach? Serdecznie wątpię. Większość z całą pewnością samodzielnie nauczyła się utrwalać muzykę, która im się podobała i tylko nieliczni pomyśleli, że kaseta magnetofonowa usprawni im pracę reportera. Zanim polemiści wytkną mi, że obecnie szeroko rozumiana technika IT daleko bardziej ingeruje w nasze życie niż przykład, który podałem, zauważę, że
jest to jedynie kwestia skali, a nie perspektywy – nowinki technologiczne są zawsze najpierw absorbowane przez armie i rozrywkę, a dopiero później uwzględniane jako wyznacznik technicznej dojrzałości społeczeństwa. Płynie stąd oczywisty wniosek, że szkoła, która chciałaby zainteresować młodych ludzi technologią musiałaby stać się liderem przemysłu rozrywkowego. Niech wszyscy zdziwieni jej znikomym udziałem w propagacji nowoczesnych technologii odpowiedzą sobie na dwa pytania: Czy jakikolwiek podmiot, instytucja bądź system edukacyjny stały się kiedykolwiek trendsetterami, zdolnymi dyktować zainteresowania szerokim masom społeczeństwa? Czy jakiekolwiek państwo stać na inwestycje w przemianę niemal całkowicie analogowych szkół w centra, mogące konkurować z nielicznymi ośrodkami taką rozrywkę oferującymi? Nie? A to niespodzianka…

O ile patrząc od strony uczniów i uczennic można jeszcze próbować polegać na naturalnej ciekawości i inicjatywie młodych organizmów, o tyle zastanawianie się, dlaczego takiej motywacji nie przejawiają uczący ich nauczyciele i nauczycielki jest już jedynie jałowym narzekaniem na ich brak poczucia misji. Oczywiście mamy prawo pragnąć, żeby zawód ten wykonywali jedynie zawsze zaangażowani entuzjaści i entuzjastki[2], jednak polegając na takich wyobrażeniach znów dajemy wyraz naiwności i niczym nieuzasadnionemu myśleniu życzeniowemu. Wszystkim oburzonym takim postawieniem sprawy, znów zadam dwa pytania: Kiedy ostatnio eksplorowaliście Państwo technologie, których użycia nie wymuszała na was działalność zawodowa? Czy jesteście pewni, że potraficie posługiwać się swoim własnym telewizorem? Nie? To dlaczego zakładacie, że nauczycielki i nauczyciele to jakiś odmienny gatunek, który ma inaczej?

 

Mam nadzieję, że Czytelniczki i czytelnicy wyłowili tu kwestię kluczową – konieczność zawodową. Z mojego doświadczenia wynika, że nauczycielki i nauczyciele nie odczuwają presji (zachęty także nie), skłaniającej ich do wykorzystywania nowoczesnych technologii w stopniu większym niż to absolutnie konieczne – nie zmuszają ich do tego ani podstawy programowe, ani realizowane podręczniki, ani przełożeni [3]. Zanurzeni w swoich smartfonach uczniowie i uczennice mają ich za technologicznych troglodytów i nawet nie spodziewają się po nich kompetencji tego rodzaju. Ich rodzice z kolei są na ogół równie kompetentni, co ich nauczycielki i nauczyciele, więc nawet nie wiedzą, czego mieliby się spodziewać. Kiedy więc w podsumowaniu konferencji czytam, że „wyzwania płynące z wszechobecności technologii dotyczą całej społeczności szkolnej”, to stwierdzenie to niezbyt mnie przekonuje. Byłaby to prawda, gdyby wszyscy zaangażowani w proces oświatowy mieli realną potrzebę korzystania z oferty, którą roztacza przed nami szeroko pojęta technologia, tak jednak nie jest i rzeczone wyzwania są raczej abstrakcyjne.

Sugerowany w podsumowaniu dialog, a raczej wszechstronna interakcja zainteresowanych podmiotów to z pewnością dobry pomysł, problem jednak w tym, że sensu stricte nie wiemy, co ma być jej przedmiotem. Dialog sam w sobie? To niektórym nawet wystarcza [4] … Oczywistość przydatności takiej czy innej technologii? Na nią możemy zgodzić się bez żadnych konferencji i wydialogowanego porozumienia, bo przecież nikt nie przyzna się obecnie, że tak ważka kwestia jest mu obojętna, niezależnie od tego, co na ten temat naprawdę myśli. Niestety, wątpię również, czy sprawę rozwiąże jakakolwiek edukacja przeprowadzona ad hoc, na fali informatycznego wzmożenia – uczniom i uczennicom takie akcje będą kojarzyć się jedynie z „akademią ku czci”, bo są z reguły mocno spóźnione, nauczycielki i nauczyciele nie nadrobią na swoich szkoleniach jednej czy dwóch dekad zaległości, a rodzice na ogół nie palą się do udziału w tego rodzaju wydarzeniach, nawet jeśli dotyczą ich dużo bardziej bezpośrednio.

Rozumiem, że dr hab. Marlena Plebańska musiała w swoim wystąpieniu posłużyć się wiarygodnymi, potwierdzonymi badaniami danymi, sądzę jednak, że nie są one dla nikogo zaskoczeniem. Nikt mający cokolwiek wspólnego z nauczaniem podczas pandemii nie spodziewałby się niczego innego. Obserwując stosunek naszych władz oświatowych do problemu wytworzonego przez Sars-Cov-2 i podjęte przez nie kroki, można było odnieść wrażenie, że sednem ich działań nie było efektywne nauczanie, ale zwalczanie efektów zmiany warunków funkcjonowania tradycyjnie pojmowanej oświaty, włączając w to wszystko, co wiązało się z wykorzystaniem nowoczesnych technologii [5]. Trzeba jednak przyznać, że czyniły to z poparciem szerokich mas suwerena, który sensu stricte nie oczekuje od oświaty publicznej wiele więcej niż ogólnie dostępnej świetlicy i darowałby jej siermiężność, i prymitywizm, gdyby tylko mogła być otwarta 24/7. Można więc śmiało przyjąć, że 80% „nie tylko nauczycieli i nauczycielek, ale i uczniów/uczennic, a także rodziców”, żadnych wyzwań ze strony nowoczesnych technologii nie odczuwa, ma je w nosie lub postrzega je zupełnie inaczej niż uczestnicy konferencji. Ten ostrożnie oszacowany odsetek nie zatoczył żadnego koła – zaliczył krótkotrwały pik na krzywej rutyny i kiedy tylko MEiN dał stosowny sygnał, z ulgą porzucił zbędne już namiastki kompetencji IT i wrócił do swojego bezpiecznego grajdołka.

 

W tym miejscu dochodzimy do problemu zasadniczego – podmiotu zupełnie pominiętego, Wielkiego Nieobecnego w tego rodzaju rozważaniach, który jako pierwszy powinien być, a w żaden sposób nie jest, sprawą żywotnie zainteresowany, niezależnie od indywidualnych odczuć innych uczestników i uczestniczek technologicznych przemian. Mówię oczywiście o podmiocie, który w deklarowaniu cudów nie ma równych, a jednocześnie nie ma żadnej globalnej wizji kształtowania i spożytkowania kompetencji technologicznych, od przedszkola począwszy. Nie mam na myśli jedynie ministra Czarnka, zabierającego dzieciom smartfony, jak owa anegdotyczna mama w relacji nauczycielki z Cieszyna, ale niestety cały ten kram, zainteresowany jedynie dochodowym władztwem nad bogoojczyźnianym skansenem. Moglibyśmy mieć słuszne pretensje do nauczycieli, którzy nie wsiedli do pociągu nowych technologii, gdyby nie świadomość, że zarządzający całym dworcem w ogóle tego pociągu nie podstawili.

Nie oszukujmy się, niezależnie od modelu funkcjonowania oświaty, zawsze potrzebny jest ktoś, kto wyznacza jego ramy i kierunki. Dla demokratycznego, niezależnego szkolnictwa, opartego na wspólnocie celów zainteresowanych nim podmiotów, dobrowolności udziału i konieczności konkurencji, taką lokomotywą mogą być tematyczne konferencje i platformy w rodzaju Futuedu.eu 6 . Dla centralnie sterowanego, etatystycznego, siłą rzeczy biednego i  wiązanego sznurkiem molocha, nauczającego wszystkich chętnych i niechętnych tego samego w ten sam sposób, takie zjawiska mogą być jedynie ciekawostkami i ewenementami, nieprzekładającymi się na całokształt jego funkcjonowania. Ktoś, kto chciałby nadać mu choćby pozory nowoczesności i łączności ze światem, musi zadbać o rzeczowy kontakt z jego przymusowymi użytkownikami i użytkowniczkami, posiadać jakiś plan i umieć do niego przekonać. Powinien także zadbać o systemowe i kompleksowe zmiany w kształceniu swoich pracowników i pracownic. Niczego takiego nie obserwujemy – korzystanie z nowoczesnych technologii jest dla naszego państwa priorytetem, ale czysto papierowym, przydatnym w propagandzie sukcesu przy zakupie licencji na technologie, które ich producenci uznali już za niewarte dalszych inwestycji. Ogromny potencjał polskich naukowców i naukowczyń jest przy tym niemal zupełnie niewykorzystany – czy można się temu dziwić, skoro szkoły traktuje się jako przechowalnie, a nauczycielki i nauczycieli jako snujących się po nich dozorczynie i  dozorców?

Z całym szacunkiem dla prof. Plebańskiej, wszystkich uczestników i uczestniczek omawianej konferencji i ich zaangażowania, takie wydarzenia są i będą jedynie kwiatkiem do kożucha, a nawet rodzajem alibi dla pasożyta oświaty, jakim stało się MEiN. Oddolne inicjatywy, zaangażowanie profesjonalne i społeczne to ogromny kapitał, który nobilituje, uwierzytelnia i umacnia tego pasożyta oraz wiele innych, chętnie podpisujących się pod wszystkim, co daje się uznać za „wspólny” sukces [7]. Pozostaną one, zgodnie z cytowanymi wypowiedziami, okazjami do pogadania, z pewnością korzystnymi dla uczestników i uczestniczek i ewentualnej publiczności, ale bez znaczenia dla i tak przeszacowanego adresata wydialogowanych propozycji. Dopóki nie uda nam się przekonać społeczeństwa, że jest żywicielem wspomnianych pasożytów (nie od dzisiaj i wcale nie od 2015 r.), nie znajdziemy się w żadnym przełomowym momencie w edukacji [8] i będziemy mogli w nieskończoność pytać, kto nauczy dzieci i młodzież korzystania z technologii.

Odkąd pamiętam, a z pewnością znacznie dłużej, edukacja jest na zakręcie, w przededniu epokowych, kopernikańskich zmian, reform, rewolucji, w stanie permanentnych kryzysów i oczekiwania na zbawiciela. Śmieszne i żałosne są te modlitwy o przełomy. Być może są tacy, którzy chcą żyć w ciekawych czasach, mnie wystarczy ciepła woda w kranie i jedyny przełom jaki powitałbym z zainteresowaniem i uznał za godny tej nazwy, to zmiana relacji zawodowych, stosunku do człowieka i jego potrzeb w oświacie, zmiana nastawienia Wielkiego Nieobecnego do swoich pracowników i pracownic, albo, najchętniej, zrzeczenie się przez niego „kierowniczej roli”, a zajęcie się organizacją i mecenatem. O wykorzystanie nowoczesnych technologii w takich, rzeczywiście przełomowych, warunkach w ogóle bym się nie martwił. Śmiem twierdzić, że do takiego przełomu nie wystarczą prezentacje na konferencjach organizowanych przez dziesiątki dla setek, przy całkowitej obojętności tysięcy i milionów.

Nie pomogą też rozmowy w ich kuluarach – najpierw przedstawiciele oświaty muszą stać się posiadającym swoje zdanie podmiotem, a nie bezwolną masą, czekającą na jałmużnę+, po której wszyscy spodziewają cudów i brania na siebie co raz to nowych obowiązków „w ramach pensum”. Do tego potrzebny jest nie tylko abstrakcyjny dialog, ale poczucie decyzyjności i sprawczości, nieosiągalne bez szerokiej autonomii, która pozwala adresować działania lokalnie i cieszyć się z ich efektów, bez ambicji szerzenia nowych technologii po wszechświecie i okolicach. Nie wszyscy mają jednakowe potrzeby edukacyjne i to nie tylko w sferze technologii. Do takiej jednak autonomii mamy dziś dalej niż mieliśmy wczoraj.

Przypisy:

[1] Mam nadzieję, że wszyscy odróżniamy powszechne zainteresowanie deklaratywne od znacznie mniejszego, performatywnego.

[2] Wszystkim, których znam lub o których się dowiaduję, składam serdeczne podziękowania i gratulacje.

[3] Jest to oczywiście uogólnienie. Trzeba też uczciwie przyznać, że nie wszystkie treści, będące przedmiotem nauczania, wymagają zaangażowania technologii i wymuszanie jej użycia nosiłoby znamiona uprawiania sztuki dla sztuki. Tego rodzaju działań pozornych jest już w szkole całe mnóstwo, nie przynoszą żadnych wymiernych korzyści poza satysfakcją pomysłodawców, a pozostałym zabierają czas i energię.

[4] Dziwna to tendencja, jeśli weźmie się pod uwagę jałowość i brak jakiejkolwiek sprawczości takich dialogów, które nagminnie wyważają otwarte drzwi – wiele problemów uparcie „dialogowanych” przy tego rodzaju okazjach zostało już przedyskutowanych, rozwiązanych, a adekwatne remedia czekają, aż ktoś je zastosuje. Wielokrotnie pisał o tym prof. Maciej M. Sysło.

[5] Dodajmy, że nie chodziło o najnowsze patenty geeków z Doliny Krzemowej i gadżety z laboratoriów NASA, ale środki, które są w dość powszechnym użyciu od co najmniej dekady.

[6] Przyznam, że nie mam pojęcia, dlaczego w gronie potencjalnych liderów zmian w edukacji na ogół nie wymienia się przedstawicieli nauki i specjalistów wielu dziedzin, którzy z pewnością mogliby wnieść do pedagogiki i dziedzin jej pokrewnych coś interesującego, gdyby tylko zapytać ich o zdanie.

[7] A że się daje, dowodzi choćby propagandowe zaanektowanie przez państwo obywatelskiej pomocy dla uchodźców z Ukrainy.

[8] Nie ma przy tym znaczenia, czy rozumiemy pod tym mianem wyzwania współczesności czy też własne osiągnięcia, będące w stanie tym wyzwaniom sprostać.

Dodaj komentarz

Verified by MonsterInsights