O tym, jak nie przesiąknąć obrazami niosącymi lęk, o strachu, który jest potrzebny, o długim wracaniu do równowagi i uważnym angażowaniu się w niesienie pomocy, która może dać nam siłę, opowiada psycholożka Agnieszka Aksamit-Oknińska, pracująca na co dzień z dziećmi i ich rodzicami.

Wojna w Ukrainie trwa od dwóch tygodni. Można pomyśleć: rodzic świadomie już przepracował swoje emocje i jest w stanie wesprzeć dziecko. Tylko na ile to prawdopodobne? Równie dobrze możemy sobie nadal nie radzić z sytuacją wojny. I co wtedy? Zaraz będziemy mieć wyrzuty sumienia, że sobie nie radzimy i jeszcze wciągamy dziecko w nasze katastroficzne scenariusze.

Zachęcam do rozmowy też o naszych emocjach. Powiedzmy dziecku: „Jestem zdenerwowana/zdenerwowany, bo martwię się tą sytuacją”. To oczywiście wymaga od nas pewnych zasobów, ale jako dorośli jesteśmy wyposażeni w więcej narzędzi niż dzieci. Teraz naszym zadaniem jest podjęcie takiego wyzwania. Matki uciekają z dziećmi z Ukrainy, bo je chronią. U nas nie ma wojny, a słyszę od dzieci, że w nocy jeździły z rodzicami na stacje benzynowe i stały tam trzy godziny, czekając na paliwo. To nie są racjonalne zachowania. One wynikają z lęku, natomiast nie pomagają ani nam, ani naszym dzieciom. Musimy się zastanowić, czemu właściwie służą. Czyli musimy pracować z naszymi emocjami i nie możemy sobie pozwolić na bezwład. Nad emocjami zawsze warto pracować, jednocześnie ważne, by być dla siebie łagodnym. To jest trochę sprzeczne. To mamy się wziąć w garść czy możemy się rozkleić?

Przeczytaj także:

Słuchać, dawać przestrzeń i traktować z szacunkiem –

rozmowa z dr Urszulą Markowską-Manistą o dobrym byciu razem dzieci ukraińskich i polskich

peace

 

Co to znaczy rozkleić się?

Skupić się tylko na swoich lękach. Skupienie się wyłącznie na swoich lękach i niezajmowanie się lękiem dziecka będzie jakimś rodzajem porzucenia go. Rodzina to system, w którym dbamy o dobrostan każdego z jej członków.

Być dla siebie łagodnym oznacza dać sobie prawo, by się rozpłakać i poprosić o przytulenie. Mamy prawo poczuć się bezsilni, przytłoczeni.

Mamy prawo powiedzieć: „Ja dziś odpuszczam swoje obowiązki domowe, nie będę myśleć o brudnych oknach, jak jest wojna na świecie”. Chodzi jednak o to, by nie zostać w strefie przytłaczającego lęku, bo wtedy rzeczywiście są małe szanse, że wesprzemy swoje dzieci. Niedowierzanie, szok czy zagubienie to są jak najbardziej adekwatne zachowania w pierwszych dniach takiej sytuacji. Możemy się rozpłakać i powiedzieć rodzinie: „Nie wierzyłam w to!”, „To niemożliwe!”. Myślę, że spora część z nas miała takie myśli w czwartek 24 lutego. Zadajmy sobie jednak pytanie, czy nasze reakcje pomogą, czy zaszkodzą dziecku. Ważne, żeby pokazać mu swoje emocje, ale wskazać też rozwiązanie. Jeśli nie mamy siły na działanie, powiedzmy: „Dobra, idziemy do lasu na spacer, żeby pobyć razem, nie będziemy uczyć się do dyktanda”. Dziecko też ma prawo w pierwszym odruchu odłożyć na chwilę swoje obowiązki.

Zamów prenumeratę magazynu „Kosmos dla dziewczynek”.

ZAMÓW

Odpuśćmy.

W pierwszych dniach mogliśmy mieć najróżniejsze, najbardziej gwałtowne czy nieprzewidywalne reakcje. Warto powiedzieć sobie, że to też jest w porządku. Byliśmy w szoku i każdy z nas w inny sposób wraca do równowagi, to zresztą będzie długi proces. Bądźmy dla siebie wyrozumiali, ale próbujmy racjonalnie podchodzić do tego, co się dzieje, i wracajmy też do naszych codziennych zajęć. One będą się przeplatały z działaniami pomocowymi, ale zadbajmy, by te nie dezorganizowały zupełnie naszej codzienności.

Czy w takim razie dzieci powinny z nami oglądać wiadomości?

Dzieci, z którymi pracuję, mówią mi, że są tym zmęczone, że już nie chcą oglądać wybuchów czy rakiet. I to jest coś, przed czym możemy je chronić: obrazy. Szczególnie młodsze dzieci nie powinny oglądać brutalnych zdjęć z frontu, bo nie mają możliwości w żaden sposób wpłynąć na to, co widzą, a te obrazy dodatkowo mogą potem powracać w ich snach. Zresztą właśnie to dzieci mi zgłaszały: „śni mi się, że śpię w metrze i spadają bomby”. Starsza młodzież może jest bardziej gotowa na takie obrazy, ale znów: jeśli kilkanaście razy dziennie będą oglądać takie treści, to istnieje ryzyko traumatyzacji. Nie zamydlajmy im rzeczywistości, ale jednocześnie nie przebodźcowujmy ich cały czas informacjami z frontu. U dzieci i młodzieży nieustannie słyszących słowa „wojna”, „jeńcy”, „bombardowanie”, „śmierć dzieci”, „wojna atomowa”, „koniec świata” mogą pojawić się zaburzenia lękowe, depresyjne czy ogólne pogorszenie w zakresie codziennego funkcjonowania. Dlatego tak ważne, byśmy my jako dorośli nie eskalowali lęku.

Porozmawiajmy o lęku. Jak nasz mózg reaguje w czasie zagrożenia?

Rozmawiając z dziećmi, tłumaczę to tak: jeśli ściśniemy dłoń w pięść i w środku zaciśniemy kciuk, to będziemy mieć bardzo uproszczony obraz naszego mózgu, w którym nadgarstek jest gadzim mózgiem, kciuk układem limbicznym, a palce korą mózgową. W ogromnym skrócie gadzi mózg to najstarsza ewolucyjnie część mózgu, która zapewniała zwierzętom przetrwanie: „kazała” im się bronić, uciekać lub powodowała odrętwienie. Układ limbiczny monitoruje otoczenie, wychwytując oznaki zagrożenia. Reszta naszych palców obrazuje najnowszą, ssaczą część mózgu: korę i płaty przedczołowe. W chwili bezpieczeństwa czy komfortu nasz mózg jest zintegrowany (jak zaciśnięta pięść) – jego układy, zarówno gadzi, jak i ssaczy działają razem, przy czym to ssaczy mózg trzyma kontrolę. Pozwala na przewidywanie konsekwencji, rozwiązywanie problemów.

A co się dzieje, gdy to gadzi mózg przejmie kontrolę?

Sytuacja zagrożenia, czyli jakakolwiek sytuacja, którą nasz organizm interpretuje jako stres (nawet publiczne wystąpienie czy egzamin), powoduje dezintegrację mózgu. Można powiedzieć, że ssaczy mózg oddaje kontrolę gadziemu – pięść się otwiera. Przestaje działać logiczne myślenie, uruchamiają się trzy rodzaje reakcji instynktownych, niezależnych od naszej woli: walka/obrona, ucieczka albo zamrożenie. Tak reaguje każdy organizm. I dziecko, i dorosły. W ostatnim tygodniu w tej sytuacji znalazło się bardzo wiele osób, zarówno tych, które są teraz w Ukrainie, jak i obserwatorów, czyli nas. Nasz poziom zagrożenia i lęku jest oczywiście nieporównywalnie mniejszy niż u osób, które musiały uciekać przed wojną, natomiast nasze emocje i tak wyzwalają w nas właśnie takie reakcje obronne.

Ratowanie siebie przez walkę, ucieczkę albo paraliż.

Części z nas strach podpowiada, że to ucieczka będzie najlepszym rozwiązaniem. Wtedy zaczynamy myśleć o wyprowadzce z Polski czy budowie schronu. Innych emocje złości albo strachu mobilizują do walki i działania, dlatego tylu ukraińskich mężczyzn jedzie na front. Spora część osób jest też w zamrożeniu, w szoku, w bezradności. Te reakcje oczywiście mogą też się ze sobą mieszać – jednego dnia możemy czuć się zupełnie niezdolni do reakcji, kolejnego możemy planować wyprowadzkę z kraju, jednocześnie gromadząc zapasy spożywcze na wypadek wojny.

Dobrze to wiedzieć, ale jak sobie z tym radzić?

Znaleźliśmy się w sytuacji silnego stresu i poczucia zagrożenia. Musimy jednak pamiętać, że u nas wojny nie ma. To, co pomaga powrócić do równowagi, to właśnie trzymanie się faktów i niewpadanie w pułapki myślowe typu katastrofizacja, czyli wyolbrzymianie możliwych negatywnych konsekwencji, np. że będzie wojna atomowa i to koniec ludzkości. Warto przede wszystkim skupić się na konstruktywnym działaniu.

Jak to robić?

Ratownik musi najpierw pozbierać siebie, żeby mieć siłę dać wsparcie innym. Nie śledźmy non stop wiadomości, nie piszmy na ich podstawie czarnych scenariuszy. Tym niech się zajmują politycy, których zadaniem jest przewidywanie wszystkich opcji i zapobieganie tym najgorszym. Nie chodzi oczywiście o to, żeby zapomnieć i ignorować sytuację, ale warto zadbać o siebie w ten sposób, by po pierwsze trzymać się faktów, a po drugie wyznaczyć sobie limity związane z pozyskiwaniem bieżących informacji. Być może przeczytanie wiadomości rano i wieczorem wystarczy. Chodzi o to, że nieustanne śledzenie tego, co się dzieje, niczemu nie służy i w niczym nam nie pomoże.

Dzieciom tłumaczę to tak: jeżeli wrzucimy gąbkę do wanny z sokiem pomarańczowym, to nasączy się ona sokiem pomarańczowym. Jeżeli będę nieustannie kąpać się w bombach, rakietach i wybuchach, to cała będę tym przesiąknięta. Jaki jest tego cel? 

To jest bardzo racjonalna rada, ale czy na nasz gadzi mózg to podziała? 

Działa, i to najlepiej ze wszystkiego! To się bardzo sprawdza, jak ktoś wpada w panikę i zaczyna dominować u niego gadzi mózg. Wtedy prosi się taką osobę: „rozejrzyj się i wymień pięć niebieskich rzeczy, które widzisz” albo „wymień pięć czerwonych owoców” lub „odliczaj od stu wstecz co siedem”. Proszę spróbować to zrobić. Mnie osobiście odliczanie co siedem wstecz zatrzymuje. Zmusza mózg do przeszukiwania informacji i wychwycenia tych niezagrażających, co z kolei pozwala opanować lęk i przywrócić względną równowagę. Analizowanie i uruchamianie myślenia pomaga wyjść ze strefy, w której tracimy kontrolę. Nasze płaty przedczołowe odpowiadają za planowanie, przewidywanie konsekwencji, do pewnego stopnia też za kontrolę emocji i logiczne myślenie. Jeżeli chcemy u siebie ugasić pożar, musimy nad tym pracować.

Ale czy możemy kontrolować emocje?

Tu wracamy do związku między myślami a emocjami. Jeżeli pada deszcz i pomyślę sobie: „O nie! Co za koszmarna pogoda! Mam dosyć!”, to wywoła u mnie nieprzyjemne emocje i wpłynie na moje zachowanie – będę opieszała, zdenerwowana albo w ogóle nie wyjdę z domu. W tej samej sytuacji inna osoba pomyśli: „Pada deszcz, biorę parasol” i wyjdzie. W zależności od naszej interpretacji na tę samą sytuację będziemy reagować innym stanem emocjonalnym i innym zachowaniem. Jedna osoba będzie we frustracji, druga w działaniu.

Dlatego warto zająć się pomaganiem innym.

W tej chwili pomaganie jest najlepszym pomysłem na to, jak sobie radzić z sytuacją. Formy pomocy będą przeróżne: organizowanie zbiórek, przynoszenie darów, wpłacanie środków, przyjmowanie osób do domu i mnóstwo innych. Nie wszyscy musimy pomagać w ten sam sposób. Jeżeli pojedziemy z dzieckiem do sklepu z listą rzeczy i skoncentrujemy się na wybieraniu produktów z półki, to już stabilizujemy układ nerwowy, bo skupimy się na rozwiązaniu problemu, a nie na samym problemie. Pomagamy jednocześnie sobie i komuś potrzebującemu.

Jak jeszcze możemy pomóc dzieciom się nie bać?

Nie chodzi o to, by nasze dzieci nigdy się nie bały. To niemożliwe. I niewskazane. Strach, tak jak każda inna emocja, jest nam bardzo potrzebny, bo pomaga uchronić się przed zagrożeniem. Nie pozbawiajmy dzieci odczuwania strachu! Naszym zadaniem jest pomóc im obniżyć lęk. Pamiętajmy, że strach pojawia się w sytuacji realnego zagrożenia, a lęk wynika z wyobrażonego niebezpieczeństwa albo jego przewidywania. W sytuacji realnego zagrożenia (w moim kraju jest wojna, spadają bomby) te reakcje będą mnie chronić, pomogą przetrwać. Dlatego strach jest nam bardzo potrzebny. O lęku mówimy, gdy przewidujemy zagrożenie, które nie jest oczywiste (może w Polsce też będzie wojna, a co, jak zbombardują nasz dom?), i wtedy lęk skłania nas do nieracjonalnych działań. Aby pomóc dzieciom, musimy najpierw uspokoić i wyciszyć siebie, swoje myśli i emocje, żeby nie zarazić swoimi lękami dziecka. W tym zagrożeniu mamy ochronić dziecko i stabilizować jego emocje, a nie je wzniecać. Trzymajmy się faktów i nie snujmy czarnych scenariuszy. Oczywiście one będą się pojawiać i jak dzieci pójdą spać, możemy z innymi dorosłymi porozmawiać o swoich największych lękach, o tym, co nas przeraża, i jednocześnie zastanowić się, co możemy z tym zrobić.

Kiedy sami się uspokoimy, jak możemy pomóc się uspokoić dziecku?

Trzeba zadać pytanie: „czego się boisz?”, „czym najbardziej się martwisz?”, „co najbardziej cię smuci?”, „co cię złości?”. Dzieci odczuwają podobne emocje do nas: lęk, strach, złość, ale w zależności od wieku będą bały się różnych rzeczy i prawdopodobnie czegoś innego, niż my sobie wyobrażamy. Rozmawiajmy z dziećmi. Nawet jeśli dzieci same o czymś nie wspominają, to nie znaczy, że tego nie przeżywają. Wiem, że nawet dzieci w przedszkolu mówią o wojnie i rozmawiają o niej ze sobą.

Czyli nie ma się też co się łudzić, że ukryjemy to przed dziećmi?

To nawet nie jest zasadne. Uważam, że dzieciom należy się prawda. I nie ukrywajmy jej przed nimi. Natomiast inaczej przedstawimy ją pięciolatkowi, a inaczej siedemnastolatkowi. Jeśli chodzi o małe dzieci, to od czwartku codziennie mam taką sytuację, w której rodzic czy nauczyciel/nauczycielka relacjonują, że dzieci nic nie mówią, że temat się nie pojawia. A gdy idę na spotkanie do grupy, żeby wybadać, jak się dzieci czują, to wystarczy jedno pytanie: „czy słyszeliście, co się dzieje na świecie?” i dzieci od razu mówią o wojnie, idzie lawina emocji. Dziś w przedszkolu w grupie pięciolatków badałam, co wiedzą dzieci. I wiedzą. Bardzo dużo. Natomiast wielu rzeczy nie rozumieją. Musimy prostować i tłumaczyć im ich lęki.

Jak to robić?

Młodszym dzieciom wystarczy powiedzieć: „Tak, to prawda, jest wojna. Rosja zaatakowała Ukrainę. To poważna sprawa. Jednocześnie mnóstwo krajów broni Ukrainy i robi, co się da, żeby im pomóc”. Jeśli dziecko za tym idzie, zadaje pytanie, dodaje własne treści, to możemy podać konkrety; jeśli nie, to tyle wystarczy. Dzieciom pomaga też rozrysowywanie, gdzie na mapie jest Rosja, Polska, Ukraina, a gdzie kraje NATO. Opowiedzmy im, czym jest NATO. W zależności od wieku dzieci nazwijmy je wspólnotą czy klubem przyjaciół. W obecnej sytuacji pomaga też pokazywanie tej niewidzialnej granicy wszystkich państw NATO, która jest barierą przed wojną. Powiedzmy dzieciom, że Rosja nie atakuje Polski, bo ta jest w grupie NATO. Wytłumaczmy, co to oznacza, czyli że gdyby Rosja zaatakowała któryś kraj NATO, to wtedy wypowiedziałaby wojnę wszystkim innym, a Ukraina w NATO jeszcze nie jest. Dzieci muszą mieć też domknięcie, czyli pomysł na rozwiązanie: powiedzmy o sankcjach, które kraje nakładają na Rosję, o możliwych formach pomocy. Czym może skutkować, że nie będziemy rozmawiać z dzieckiem o wojnie, że zamieciemy to pod dywan?

Rodzice mnie pytają, czy użycie słowa „wojna” jest w porządku, bo nie chcą, żeby dziecko było smutne albo żeby się bało.

Użycie słowa „wojna” jest w porządku. Życie ludzkie polega też na smutku, złości, wstydzie czy rozczarowaniu. Tylko trzeba dbać o proporcje: ilość dobrych doświadczeń musi być większa niż złych, bo to służy naszemu dobrostanowi psychicznemu i zdrowiu.

Natomiast nie ma szans, żebyśmy do końca życia nie doświadczyli smutku czy rozczarowania. Jeśli wyprzemy sytuację i będziemy funkcjonować, jakby nic się nie działo, to dla dzieci będzie to niespójne. Będą widziały flagi, rodziny z walizkami, będą słyszały rozmowy – będą czuły presję od zewnątrz, a od środka, w systemie rodzinnym, nie będą miały na czym się oprzeć. Nie ma sensu ukrywać emocji przed dzieckiem, żeby je chronić, bo napięcie, które jest w nas, dziecko i tak odczuje. Będziemy nerwowi czy drażliwi. Trzeba to wyważyć.

Jesteśmy w szoku, bo ta wojna jest tak blisko nas.

Zastanawiam się, jak możemy w tej sytuacji oswoić się z zagrożeniem. Na przykład dzieci w Izraelu bez przerwy żyją ze świadomością wojny. Nie zatajajmy przed dziećmi informacji, że w pewnych krajach na świecie wojna jest czy że wojna była u nas. Po to uczymy się historii, żeby mieć to w świadomości. Nasi dziadkowie byli świadkami wojny, my nie. Historia naszych dzieci zmieniła się na naszych oczach, doświadczają dziś wojny w kraju ościennym, więc i je, i nas czeka zmiana przekonań, korekta rzeczywistości, do której przywykliśmy. To możliwe i konieczne, chociaż z pewnością będzie trudne.

Trudno pożegnać się z panującym w naszym najbliższym sąsiedztwie stanem względnego spokoju, do którego przywykliśmy, i zaakceptować zmianę, którą obecna wojna z sobą niesie. Tylko znów, chodzi o równowagę pomiędzy realnym zagrożeniem a lękiem.

Po 11 września nasza rzeczywistość uległa zmianie, standardem stały się próbne ewakuacje w placówkach oświatowych czy kontrole na lotniskach, zakaz zostawiania bagażu bez opieki, i teraz zapewne również pojawią się nowe procedury reagowania na sytuacje zagrożenia czy sposoby zapobiegania im. To jest pewien rodzaj przygotowywania się na kryzysową sytuację. Działania, które koją emocje, w przeciwieństwie do tych nadmiernych, które emocje destabilizują.

Czy ta sytuacja może sprzyjać jeszcze jakimś innym działaniom?

U starszych dzieci to jest doskonały moment do rozmów na temat tolerancji, akceptacji, szacunku, wolności. Teraz mamy szansę te rozmowy urealnić. To też może działać terapeutycznie. Uświadamiajmy dzieciom, że brak tolerancji dla innego może doprowadzić do takich koszmarnych rzeczy jak wojna. W Polsce jest już bardzo dużo uchodźców i uchodźczyń, będzie jeszcze więcej. Trzeba się przygotować do trudnych rozmów. Starsze dzieci pytają mnie dziś, dlaczego tak otwarcie wpuszczamy osoby z Ukrainy, a przez wiele miesięcy chcieliśmy budować mur dla innych uchodźców.

Dorośli też stawiają sobie to pytanie. 

Tak, i dzieci również dostrzegają tę niespójność. Zadają pytania i próbują zrozumieć różnicę pomiędzy tymi sytuacjami. To dobry moment na rozmowę także o naszej i społeczeństwa, w którym żyjemy, otwartości – lub jej braku – na inne kultury. Może łatwiej o tym rozmawiać, gdy widzi się, że zryw pomocowy wobec osób z Ukrainy jest gigantyczny i wspaniały? To jest bardzo piękne, wspaniałe i budujące. Pokazuje, że jesteśmy zarówno podatni na polaryzację czy rozłamy, jak i skłonni do solidaryzowania się i wielkiej empatii. Solidarność niesie z sobą potężną siłę.

To właśnie obserwujemy. I to właśnie jest człowieczeństwo. Pamiętajmy jednocześnie, żeby z uważnością podchodzić do pomagania. To jest wyzwanie. Przyjęcie osoby w kryzysie do siebie do domu jest czymś innym niż dostarczenie darów. Tu znowu jest potrzebna rozmowa i szacunek. Usiądźmy z dziećmi i porozmawiajmy o tym: „Słuchajcie, chcemy pomóc osobom uciekającym z Ukrainy. Zdecydowaliśmy się, by przyjąć ich do naszego domu na jakiś czas. Co wy na to? O co chcielibyście zapytać?”. Przygotowujmy naszą pomoc, zachowując rozwagę, by nie generować dodatkowych trudności. Sobie i innym. To nie jest tak, że potrzebujemy się zmobilizować na trzy dni; ta pomoc musi trwać dalej.

Niełatwo się o tym rozmawia, bo na szali jest cudzy los i zdrowie, ale czy zapraszanie ludzi do domu pod wpływem pomocowego impulsu nie będzie miało też trudnych konsekwencji i czy jesteśmy ich świadomi?

W sytuacjach nagłych potrzeba nagłej pomocy. I z tego powodu zdarza się, że podejmując decyzję pod wpływem impulsu, nie jesteśmy świadomi wszystkich jej konsekwencji. Najpewniej nie unikniemy takich sytuacji, ale ważne, byśmy je minimalizowali. Abyśmy osobom w kryzysie nie dostarczali kolejnych trudności, których mogą nie unieść. Właśnie dlatego, że na szali jest czyjś los i zdrowie, musimy tę pomoc świadczyć odpowiedzialnie. To trochę tak jak przy udzielaniu pomocy przedmedycznej. Jeżeli udzielam pierwszej pomocy, zanim przyjedzie karetka, i ratuję życie, to – w uproszczeniu, cokolwiek zrobię, by pomóc osobie poszkodowanej, jest dozwolone. Inaczej wygląda sytuacja w chwili ratowania zdrowia – jeżeli moja koleżanka złamie nogę, a ja zacznę jej tę nogę nieumiejętnie składać, to mogę ją skrzywdzić. Oczywiście to jest duży skrót myślowy, ale pamiętajmy, że my w tej chwili – w większości przypadków – osobom, które przekroczyły granicę, nie ratujemy życia, tylko ratujemy ich zdrowie, pomagamy zaspokajać podstawowe potrzeby. Niesienie pomocy jest bardzo ważne, ale potrzebą uciekających jest nie tylko dach nad głową. Oni potrzebują stabilizacji, poczucia bezpieczeństwa. Warto ze spokojem zastanowić się, co dalej będzie z tymi osobami, gdy moje siły się wyczerpią. Powstały różne broszury dla osób goszczących osoby z Ukrainy – warto z tych materiałów skorzystać, gdy mamy wątpliwości, jak udzielać pomocy. To, co robimy jako społeczeństwo, jest piękne, i nasza pomoc zdecydowanie przynosi dobre efekty, ale potknięcia zdarzają się wszędzie.

Jakie mogą być te trudne konsekwencje?

Rozmawiam z osobami, które goszczą Ukraińców i Ukrainki, i wiem, że często pojawia się rozdźwięk między oczekiwaniami naszymi a tym, jak sytuacja wygląda w rzeczywistości. Uchodźcy i uchodźczynie to osoby doświadczające traumy, w większości w potężnym kryzysie, szoku. Matki, których synowie zostali na wojnie, żony, których mężowie zostali bronić domu. Ich zachowania mogą odbiegać od naszych oczekiwań, mogą być wobec nas nieufni, mogą się nas bać, mogą mieć zaburzenia lękowe, mogą pojawić się zaburzenia depresyjne. Zdarzają się też takie problemy: „Czekałem na nich w nocy z kolacją, a oni nie chcą jeść”, „Zaproponowałem im spacer do lasu, a oni od dwóch dni nie wychodzą z pokoju”, „Mieli być o 19, a chwilę przed zrezygnowali”.

Zachowania osób w kryzysie mogą nas zaskakiwać i możemy być na nie nieprzygotowani. Możemy w tej sytuacji poczuć się zagubieni, zdezorientowani. Podejdźmy ze zrozumieniem do takich reakcji, swoich i osób szukających schronienia. Bądźmy łagodni.

Przeczytaj także: 

Ukraina jest częścią Kosmosu 
Україна є частиною Космосу

Pytajmy, czytajmy, jak pomagać osobom w kryzysie. Jeśli pojawia się w nas rozczarowanie lub złość, to jest to moment, żeby zastanowić się i porozmawiać z samym sobą, czyje właściwie potrzeby ja realizuję. Udzielanie pomocy wymaga uważności.

Słyszałam głosy psychologów, że ta wielka chęć pomocy może być przepracowywaniem pokoleniowej traumy naszych dziadków, którzy w czasie wojny pomocy nie dostali. Wychowaliśmy się na ich historiach. To, że nie przeżyliśmy wojny sami, nie znaczy, że nie doświadczyliśmy jej skutków.

Traumatolodzy mówią, że traumy pokoleniowe dziedziczymy nawet do piątego pokolenia, i to absolutnie na poziomie nieświadomym. Rzeczywiście, pojawiają się hipotezy, że pomoc, której udzielamy uchodźcom, może być elementem odreagowania traumy pokoleniowej. Bez względu na nasze motywacje, świadome lub nie, ważne jest to, żeby pomagać, nie szkodząc. Jeżeli decyduję się udzielić komuś pomocy, bo ja tego potrzebuję, i druga osoba korzysta z tej pomocy, to jest bardzo w porządku. Realnie pomagam tej osobie. Nie ma nic złego w pomaganiu do momentu, w którym nie szkodzę poszkodowanemu. Natomiast jeśli ja pomagam bardziej dla siebie niż dla tej osoby, czyli bardziej zaspokajam swoje potrzeby niż potrzeby osoby w kryzysie, to taka postawa wymaga ogromnego hamulca. Bo w takiej sytuacji mogę tym ludziom zrobić podwójną traumę. Podchodźmy do pomocy odpowiedzialnie.

Trzeba uważać na polską gościnność?

Polska gościnność ma swoje wielkie plusy, ale może być też przytłaczająca. Jeśli zalejemy nią uchodźców, to jest to ostatnia rzecz, której oni potrzebują. Pamiętajmy, że my nie mamy w domu gości, tylko uchodźców wojennych. To duża różnica. Myślę, że tu kłopotem jest brak wiedzy na temat tego, jak funkcjonuje osoba uciekająca z wojny, dlatego instytucje i fundacje apelują o odpowiedzialność i dbanie o własne zasoby. Wolontariusze to podkreślają i proszą, żeby mówić otwarcie, o co chodzi – jeśli proponowaliśmy nocleg na miesiąc, a po tygodniu widzimy, że nie damy rady, to też trzeba uczciwie o tym powiedzieć i znaleźć inne rozwiązanie z jak najmniejszą szkodą dla wszystkich. Tak jak uczymy się udzielania pierwszej pomocy przedmedycznej i wiemy – 30 uciśnięć i 2 wdechy – tak samo tutaj: trzymajmy się wytycznych.

I dbajmy, żeby nasz gadzi mózg nie przejmował kontroli.

Tak, w emocjach i ze zdezintegrowanym układem nerwowym możemy podejmować nieracjonalne decyzje. Zachowajmy spokój. Trzymajmy się faktów. Skupmy się na działaniu. Jeśli chcemy pomóc, przeanalizujmy, jakiej pomocy możemy udzielić. Dajmy sobie prawo pomagać tak, jak potrafimy. Jeśli czujemy, że jakaś forma pomocy nam nie odpowiada, nie zmuszajmy się do takich działań. Każdy z nas robi, co może: jeden jedzie na granicę, drugi zbiera dary, ktoś te dary rozwozi, ktoś zapewnia dach nad głową, ktoś gotuje, ktoś zbiera fundusze w zbiórkach charytatywnych, a ktoś inny wywiesza flagę albo się modli. Ta lawina pomocy przede wszystkim pokazuje, że w trudnych momentach można na nas liczyć. I pomimo różnych przeszkód czy naszych osobistych słabości tysiące osób codziennie otrzymują niezbędną pomoc. I to jest wspaniałe. Pomaganie daje siłę. Uczmy tego nasze dzieci.

Agnieszka Aksamit-Oknińska jest psycholożką dziecięcą. Pracuje m.in. w Warszawskim Ośrodku Psychoterapii i Psychiatrii w Warszawie. Jest absolwentką Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej w Warszawie (kierunki: Społeczna Psychologia Kliniczna oraz Psychologia Społeczna) oraz studiów podyplomowych: Stosowana Analiza Zachowania w Szkole Wyższej Psychologii Społecznej. Obecnie zajmuje się pracą z dziećmi nietypowo rozwijającymi się (autyzm, zespół Aspergera) oraz prowadzi zajęcia psychoedukacyjne dla dzieci oswajające z tematyką emocji.

 

 

 

Artykuł publikujemy w ramach partnerstwa z Fundacją ”Kosmos dla dziewcynek” 

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.