„Czy ocean jest spokojny, czy wzburzony, meduza płynie swoim tempem, a światło, które wskazuje jej drogę pochodzi z jej wnętrza” mówi Magdaleną Daniłoś w rozmowie z Jarosławem M. Spychałą.

Zanim oddam głos Magdalenie Daniłoś jestem winny Czytelniczkom i Czytelnikom pewne wyjaśnienie. Przed wielu laty, pracując jako nauczyciel w prywatnej szkole, byłem świadkiem głęboko smutnej sceny. Dyrektorka szkoły rozmawiała z nauczycielką matematyki, chociaż nazwanie tego rozmową jest przesadnym eufemizmem. Zastałem obie panie w pokoju nauczycielskim i od razu poczułem, że atmosfera była gęsta. Dyrektorka z pełną furii twarzą stała nad matematyczką i coś jej mówiła, a ta ze spuszczaną twarzą dziecka przyjmowała bez słowa protestu wszystkie razy.  Na mój widok dyrektorka się na chwilę pohamowała i przez zaciśnięte zęby, które zdradzały jej irytację, kazała mi natychmiast wyjść z pokoju nauczycielskiego. Jakieś pół godziny później spotkałem koleżankę matematyczkę na schodach. Była cała spłakana, roztrzęsiona, rozdygotana. Od razu do niej podszedłem i zapytałem, co się stało, czy mogę jej jakoś pomóc. Nie chciała ze mną rozmawiać i po prostu uciekła przed rozmową ze mną. Jakiś czas później widziałem inną płaczącą nauczycielkę w mojej szkole. Również tym razem nie dowiedziałem się, co się stało, dlaczego dorosła kobieta nauczyciel płacze w szkole. 

Grafika: Grzegorz Marzewski/Jarosław M. Spychała

Było dla mnie jasne, że w szkole dzieje się źle. Byłem gotów do działania, ale koleżanki nie chciały mówić. Trwały w milczeniu i cierpieniu, jakby uważały, że tak właśnie musi być.

Zapraszając Magdalenę Daniłoś do rozmowy chciałem zapytać również o te trudne sytuacje w szkole, które najczęściej są przemilczane. Odpowiedzi Magdaleny mają jednak charakter na tyle uniwersalny, że mogę być podpowiedzią dla każdego z nas, dla każdego, kto w swojej pracy zawodowej znajdzie się w podobnych okolicznościach. 

Jarosław M. Spychała: W reakcji na różne zdarzenia losowe mówi się czasem, że „wszystko jest po coś”, ale czy koniecznie musimy doświadczać cierpienia w życiu?

Magdalena Daniłoś: Część ludzi żyje w przekonaniu, że coś im się przydarza, że tak musi być. I z pewnością wszyscy doświadczamy czasami jakiegoś bólu. Ale tylko od nas zależy, czy ból zamieni się w cierpienie, że coś chwilowego zmieni się coś trwałego. Cierpienie jest konstruktem mentalnym, a więc – jak sama nazwa sugeruje – jest przez nas konstruowane, a to, co przez nas skonstruowane, może być przez nas też zdekonstruowane. 

Jarosław M. Spychała: Chcesz zatem powiedzieć, że cierpienie jest rodzajem fikcji, iluzji, której ulegamy, gdy zostajemy z bólem sami? A im dłużej jesteśmy w tym bólu sami, im dłużej z nikim o tym nie rozmawiamy, tym szczelniejsze stają się kraty naszego cierpienia? 

Magdalena Daniłoś: Dokładnie tak. Wystarczy, że spotkamy się z innymi, że podzielimy się naszymi doświadczeniami, odczuciami, i nagle się okazuje, że wcale nie jesteśmy w tym sami, że nie taki diabeł straszny jak go malują. I w takim właśnie stylu, czyli w procesie grupowym, pracuję ja, bo tylko tu udaje mi się osiągnąć to, o co chodzi w mojej pracy. 

Jarosław M. Spychała: Czyli wcale nie musimy doświadczać bezbrzeżnych cierpień? 

Magdalena Daniłoś: Absolutnie nie. Do każdej z takich sytuacji możemy podejść stoicko. Posłużę się prostym, wręcz prozaicznym, ale bardzo obrazowym przykładem. Siedzę w pokoju z ludźmi, z którymi jest mi źle. Muszę zadać sobie pytanie, na co w tych okolicznościach mam wpływ. Czy mogę zmienić ich, czy mogę zmienić siebie, a może mogę po prostu zmienić pokój. Jeszcze kilkanaście lat temu siedziałabym w tym pokoju i męczyła się z tymi ludźmi. Dziś rozumiem, że nie muszę się godzić na ich towarzystwo, że mogę po prostu wyjść. Wielu ludzi się jednak „zawiesza” i sądzi, że musi siedzieć w tym pokoju, a przecież wcale tak nie jest.

Jarosław M. Spychała: Dostrzegam na twoim przedramieniu tatuaż przedstawiający meduzę? 

Magdalena Daniłoś: Meduza jest dla mnie istotą magiczną, symboliczną. Czy ocean jest spokojny, czy wzburzony, meduza płynie swoim tempem, a światło, które wskazuje jej drogę pochodzi z jej wnętrza. Meduza jest dla mnie pewnym rodzajem postawy życiowej, do której dążę. Ta postawa zakłada, że to ode mnie zależy, jak reaguje na to, co mi się przydarza. Jest to oczywiście pewien ideał, do którego – jak powiedziałam – dążę i z pewnością jest to proces na całe życie. 

Jarosław M. Spychała: Są jednak rzeczy, które przychodzą do nas z zewnątrz. Są jak nagła zmiana pogody. Nagle przychodzi burza, której się nie spodziewaliśmy. 

Magdalena Daniłoś: Duńczycy zwykli mówić, że nie ma złej pogody, są tylko złe ubrania. W Danii leje non stop. Możemy się na to obrażać i siedzieć wciąż w domu, albo możemy się ubrać i wyjść do świata. I nagle się okazuje, że w deszczu też możemy chodzić.  

Jarosław M. Spychała: Klasyczna sytuacja dramatyczna polega na tym, że jednostka staje w polu działania sił przeciwstawnych, musi wybrać albo jedno albo drugie, ale jakkolwiek wybierze zawsze jest źle. Sytuacja nauczyciela jest jednak jeszcze bardziej skomplikowana – często musi wybierać między uczniem, rodzicami, dyrekcją, a nierzadko musi także wziąć wzgląd na innych nauczycieli. A gdzie w tym wszystkim jest dobro samego nauczyciela – gdzie w tym wszystkim jestem ja jako nauczyciel, jako człowiek? 

Magdalena Daniłoś: To bardzo ważne pytanie. I nie ma na niej jednoznacznej odpowiedzi. Pewne jest natomiast, że uczeń, rodzic, nauczyciel i dyrekcja, to system naczyń połączonych. Jeśli jednemu dzieje się źle, to i reszcie nie będzie działo się dobrze.

W moich warsztatach często udział biorą także nauczyciele. Gdy taka grupa się zbierze i rozmawiamy o szkole zaskakuje mnie fakt, iż nie ustawiają się w kontrze do rodziców, lecz przeciwnie, chcieliby jeszcze bardziej włączyć ich w życie szkolne. Mówią nawet o tym, że w takich warsztatach powinni brać udział także rodzice. 

Jarosław M. Spychała: Czy dobrze rozumiem, że rodzice też powinni pracować nad sobą, nad tym, aby być dobrym rodzicem?

Magdalena Daniłoś: Jestem zdania, że edukacja powinna się dziać na wszystkich szczeblach, że uczyć się powinien uczeń, nauczyciel, ale także i rodzic. Oczekuje się, że nauczyciel powinien się cały czas uczyć i rozwijać, ale skąd przekonanie, że tego samego nie powinien rozbić też rodzic. 

Często jest niestety tak, że rodzice i nauczyciele zamiast z sobą kooperować, to zaczynają z sobą rywalizować w przenoszeniu na siebie odpowiedzialności za wychowanie. A w procesie wychowania dziecka wszyscy jesteśmy ważni i wszyscy ponosimy za niego odpowiedzialność. 

Jarosław M. Spychała: Jakiś przykład współpracy?

Magdalena Daniłoś: W publicznej szkole, której jestem ambasadorką, przeprowadzono cykl treningów uważności. Udział był dobrowolny. Po wszystkim dzieciaki były zachwycone. Dyrektorka i nauczyciele zadowoleni, bo widzą pozytywne efekty kursów, które przekładają się na wyniki w nauce. Tymczasem na spotkaniu z rodzicami, niektórzy rodzice przyszli z pretensjami, że może „zamiast wkładać te pierdoły dzieciom do głowy, to może by to zamienić na lekcje matematyki, bo przecież mają egzaminy”. 

To pokazuje, ile pracy przed nami jako społeczeństwem, które mentalnie tkwi jeszcze w XIX wieku i pojmuje edukację tylko ilościowo, a nie jakościowo. 

Jarosław M. Spychała: Ale czy nie jest trochę tak, jak wielu rodziców zwykło to mówić, że szkołę trzeba przejść jak chorobę, a prawdziwe życie zacznie się dopiero po szkole?

Magdalena Daniłoś: Dzieci kształcone w systemie przypominającym wyścig szczurów wkraczając w dorosłość są tak zestresowane, że życie zawodowe zaczynają od psychoterapii – często są głęboko nieszczęśliwe. My nie uczymy ich w szkole tego, co najważniejsze, czyli pytania o to, kim jestem, czego chcę w życiu, co jest dla mnie ważne – nie uczymy pytać o sens życia. A uczymy je bezrefleksyjnie odpowiadać na pytania z bezdusznych testów. I to jest przerażające.

Tak pomyślany system przerasta oczekiwania wszystkich jego uczestników – nikt nie może się tu czuć szczęśliwy. 

Jarosław M. Spychała: To czego i kogo powinniśmy uczyć?

Magdalena Daniłoś: Powinniśmy uczyć krytycznego myślenia, umiejętności myślenia abstrakcyjnego, pracy w zespole, rozwiązywania problemów. Na każdym poziomie edukacji – i dzieci, i nauczycieli i dorosłych. I to jest możliwe, co pokazuje przykład szkół prywatnych, w których nauka wygląda inaczej. 

Moje dziecko jest w II klasie szkoły podstawowej, szkoły państwowej. Ostatnio syn wraca ze szkoły i mówi, że dostał jedynkę. Dzieci z klasy to podłapały i zaczęły to komentować z charakterystyczną dla tego wieku szczerością. 

Mój syn powiedział do mnie: „Mamo, ja nie lubię szkoły, ja nienawidzę szkoły, ja jestem zestresowany”. A ja no to: „Dziecko, skąd ty w ogóle znasz takie słowo – „zestresowany”?

Zadaje sobie zatem pytanie, co poszło nie tak, że dziewięciolatek zamiast uczyć się uczyć i bawić się, przychodzi i mówi, że nienawidzi szkoły. Podjęłam trudną dla mnie decyzję, bo ze szkoły byłam bardzo zadowolona, ale postanowiłem, że od IV klasy przeniosę syna do szkoły prywatnej.

Tego typu sytuacje, to nie jest wina tego czy innego nauczyciela, tylko wina systemu. Mieliśmy stworzyć system, który daje wsparcie wszystkim, uczniom, nauczycielom, rodzicom. A stworzyliśmy sobie system edukacyjny, w którym absolutnie żaden jego uczestnik nie jest szczęśliwy. To jest niewiarygodne. To musi się zmienić i powinniśmy postawić w szkole m.in. na relacje międzyludzkie, na wszystko to, co najbardziej ludzkie, na uczucia, poczucie spełnienia, szczęście.

*Magdalena Daniłoś – trener oraz mentor w obszarze self-care oraz życzliwości dla siebie. Certyfikowany trener MTQ Plus ® Kobieta wysoko wrażliwa. Absolwentka filozofii, żyjąca myślą stoicką. Przez lata, jako marketer i szkoleniowiec, pracowała z największymi markami w Polsce, by przekonać się, że największe szczęście daje jej życie, w którym znajduje przestrzeń na zadbanie o siebie. 

Jak sama o sobie mówi, w świecie, w którym wiodącym jest kierunek w przód, najbliższy jest jej kierunek w głąb. W swojej pracy pomaga klientom w odkrywaniu siebie i w zatroszczeniu się o swoje potrzeby. Prowadzi swoje autorskie warsztaty „Odkryj siebie” oraz „Umysł ponad emocjami. Przekonania kompasem w życiu”. Pracuje poprzez uważność, medytację, wizualizację, jogę nidrę oraz technikę uwalniania emocji EFT. Jej misją jest uczenie ludzi, jak być dobrymi dla siebie dzięki wrażliwości, odwadze i z życzliwością dla siebie.

Grafika: Grzegorz Marzewski / Jarosław M. Spychała

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.