Dla wielu ekspertów od edukacji szkoła jest i powinna być taka, jaką pamiętają z czasów, kiedy sami do niej uczęszczali. Niektórym być może marzą się realia z „Syzyfowych prac” lub „Wspomnień niebieskiego mundurka”, ale to tylko dlatego, że człowiek powinien dążyć do ideału, a patrząc na działania podejmowane przez resort edukacji w dobie koronawirusa widać, że kierunek zmian jest słuszny i zapewne skończy się ewidentnym sukcesem, bo nasza władza ustawowo porażek nie uznaje. 

A jeśli nawet nie ma jeszcze takiej ustawy, to przecież uzus wskazuje na oczekiwany casus i – jak w języku, tak w prawie – to, co jest, wkrótce zapewne stanie się tym, czym być formalnie powinno.

Im trudniej, tym prościej?

Bardzo to zagmatwane, a przecież życie jest dużo prostsze. Wskazywał na to jeden z dziewiętnastowiecznych angielskich pedagogów, który grubo ponad sto lat temu stwierdził, że jeśli chodzi o łacinę, to on jako Anglik i nauczyciel doszedł do wniosku, że nie sposób wymyślić lepszego narzędzia do nauczania angielskich chłopców. Samo przyswojenie języka nie ma istotnego znaczenia. Ogromną zaletą łaciny jako narzędzia nauczania jest jej niewyobrażalna trudność. I tak zapewne myślą kreatorzy dzisiejszej oferty edukacyjnej w naszym kraju. 

Nauka musi być trudna. Musi zawierać wiele treści, które nie powinny służyć niczemu innemu, niż zajmowanie umysłów młodych ludzi, którzy w związku z tym powinni zrozumieć, że uczenie się nie jest po to, żeby żyć, ale życie jest po to, żeby się uczyć. Powinni zrozumieć również, że podstawą uczenia i nauczania jest podążanie – zgodnie z łacińską sentencją – per aspera ad astra, bo przecież nie sposób wymyślić nic lepszego…

Władza kocha podstawę programową

Dla administracji rządowej szkoła, bez względu na to, co się dzieje dookoła, „jest tylko jedna”- ta, która realizuje podstawy i ramowe plany nauczania! Tymczasem wielu, którzy naprawdę znają się na edukacji, wskazuje, że  w okresie kryzysu najważniejsze są relacje, zapewnienie uczniom bezpieczeństwa, dostosowanie oferty do warunków w jakich musimy ją realizować.

W Chorwacji, czy we Włoszech wyraźnie wręcz wskazano, że nauczyciele mają realizować tylko te elementy podstawy programowej, które można zrealizować w obecnych warunkach.

U nas podstawa programowa dalej jest świętym graalem. Kolejny urzędnik – Marcin Smolik, po blamażu, jakim okazały się próbne egzaminy, stwierdził, że wszyscy zdaliśmy egzamin. Trudno się z tym zgodzić. Egzamin, podczas którego uczniowie mieli problemy z pobraniem arkuszy, naraża ich tylko na dodatkowy stres. Niczego nie uczy. Nic nie daje. Co gorsza, brak odwołania matury i egzaminu po szkole podstawowej jest w gruncie rzeczy igraniem z psychiką młodych ludzi, działaniem wprost przemocowym. Ale kto by się tam przejmował uczniami – mali są, a szkoła – jak wiadomo – musi boleć.

Kod rozwinięty…

Basil Bernstein w swojej książce „Odtwarzanie kultury” wskazuje na dwa kody językowe, którymi posługujemy się na co dzień: kod ograniczony, pozostałość dzieciństwa i wpływu rodziny oraz kod rozwinięty nabyty także w domu, ale też w najbliższym środowisku dziecka, a z czasem również podczas nauki w szkole. Kod ograniczony decyduje o najprostszych formach komunikacji, charakteryzuje się używaniem krótkich zdań, bądź ich równoważników czy wręcz różnych typów nie zawsze cenzuralnych zastępników, podkreślanych wyrazistym tonem głosu, mimiką bądź gestami. To, co charakterystyczne dla tego sposobu komunikowania, to odwoływanie się do znanych w danych środowiskach stereotypów czy symboli – co z jednej strony ułatwia w danej grupie komunikowanie się, z drugiej jednak utrudnia zrozumienie treści czy idei prezentowanych przez innych.

Pozostawanie na poziomie używania tylko tego kodu pozwala różnym podmiotom zewnętrznym manipulowanie nami, a nawet na podporządkowanie i wymuszanie oczekiwanych działań, zachowań czy postaw.

Kod rozwinięty charakteryzuje się zindywidualizowanym podejściem do wyrażania własnych sądów i opinii, i nie jest przewidywalny. Decyduje o autonomii jednostek, szerszym i wieloaspektowym rozumieniu otrzymywanego przekazu, wysokim poziomie refleksji oraz podejmowaniu samodzielnych decyzji. Umożliwia rozumienie kodu ograniczonego, ale też może sprzyjać pewnej nadaktywności komunikacyjnej, ograniczającej słuchanie, na rzecz nieuprawnionego interpretowania myśli, oceny czy pouczania rozmówców.

Szkoła bazuje na logice oraz zasadach porozumiewania się z wykorzystaniem kodu rozwiniętego. Tak było od zawsze. Od czasów, kiedy ten, kto wiedział więcej, uczył tego, który miał się tego dopiero dowiedzieć. W sytuacji, w której nauczyciel cieszył się należytym autorytetem, posługiwanie się kodem rozwiniętym było jednym z celów warunkujących awans społeczny. Proces powyższy w sposób wymowny zaprezentował w „Pigmalionie” George Bernard Shaw, opisując jak profesor Higgins w ciągu sześciu miesięcy, głównie dzięki pracy nad językiem, wprowadził na salony biedną kwiaciarkę Elizę. Ta jednak, wyzbywszy się swoich językowych ograniczeń, znalazła się w zupełnie nowej sferze doznań i oczekiwań, ponieważ nie tylko nauczyła się mówić inaczej, ale też spostrzegła, że świat oferuje dużo więcej tym, którzy patrzą na niego z perspektywy szerszej niż ta, którą oferuje widzenie z poziomu rynsztoka.

Czego uczy szkoła?

Szkoła uczy pojęć, umiejętności oraz postaw z czasów, kiedy wartości te miały jeszcze jakieś znaczenie. Z czasów, kiedy nauczyciel był wzorem, a uczeń próbował na różne sposoby go naśladować. Kiedy obie strony łączył wspólny język pracy nad rozwojem osoby powoli wkraczającej w dorosłość. 

Kluczowym wymiarem tego języka był wspomniany na wstępie kod rozwinięty. Jednak dziś w naszym życiu codziennym – domu, mediach, polityce, a także i w szkole – rządzi przede wszystkim kod prosty. Dzięki niemu i jego niewymagającej łatwości, w prosty sposób pozwala nazwać wszystkie elementy szybko zmieniającego się świata. Co więcej, dzięki swojemu nieskomplikowaniu gwarantuje dostęp do większej liczby odbiorców, a co za tym idzie – pozwala uzyskać szybką popularność.

Czas na język uczniów

Czy powszechna edukacja jest w stanie to zmienić? Mówiąc metaforycznie – dzisiejsza nauka to permanentna szkoła języków obcych. Zarówno ze względu na zbiory słów wykorzystywanych w poszczególnych przedmiotach, jak i na skutek braku korelacji proponowanych przez nią wartości z tym, co oferuje codzienna rzeczywistość.

Czas zatem przestać uczyć w szkole języków trudnych, ale słusznie nazywanych martwymi.

Punktem wyjścia powinno być słowo i język jakim posługują się uczniowie. Punktem wyjścia powinna być mowa, przy pomocy której będą nie tylko opisywać świat, ale też formułować wartościowe cele własnego rozwoju.

Trener rozwoju, life coach, tutor, mediator, doradca zawodowy, specjalista z zakresu rozwoju osobistego i rozwoju organizacji, diagnozy potrzeb rozwojowych i planowania rozwoju placówek oświatowych, przywództwa edukacyjnego, zarządzania zespołem, komunikacji i marketingu edukacyjnego, nauczyciel. Opracował i przeprowadził wiele projektów szkoleniowych przygotowujących uczestników do praktycznego wykorzystania technik komunikacyjnych w szkole. Jest autorem ponad stu publikacji z tego zakresu, w tym: Szkoła uczenia się (Warszawa 2018), Szkoła wspólnych działań, czyli o relacjach i współpracy (Warszawa 2017), Nauczyciel, trener, coach (Warszawa 2013).

Zobacz także:

Jarosław Kordziński Blog

https://www.facebook.com/j.kordzinski

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *