Nie sądzę, aby ktokolwiek jeszcze wierzył, że przyjdzie jakiś Guru i z góry nie tylko zarządzi, ale też będzie skutecznie zarządzał zmianą w edukacji. Wszelkie znaki na niebie i scenie, zwłaszcza tej politycznej wskazują na to, że nie mamy na co liczyć, przynajmniej nie w najbliższej przyszłości. Zresztą zmiany odgórne i tak kończą się najczęściej na etapie segregatora tworząc tzw. rzeczywistość sprawozdawczą, moim zdaniem oczywiście. Uważam, że realne zmiany można wprowadzić tylko oddolnie. Kto zatem może tego dokonać?

Na początku myślałam, że nauczycielki i nauczyciele. To oni przecież intuicyjnie wiedzą, że pedagogiką transmisyjną nie odpowiadają na potrzeby rynku pracy, o  potrzebach dzieci nie wspomnę. Pracując w systemie, który nikomu nie służy bardzo często płacą za to własnym zdrowiem, brakiem zaangażowania czy wypaleniem zawodowym (J. Bauer).  Niektórzy z nich znajdują w sobie odwagę, by zacząć pracować inaczej, przede wszystkim by przestać wspierać system i zacząć wspierać człowieka. Owoce tej pracy to energia do podejmowania kolejnych wyzwań: zarażania innych, publikowania efektów, organizowania konferencji, tworzenia forów wymiany doświadczeń, zrzeszania się i zakładania oddolnych inicjatyw. I co z tego? Z jednej strony na pewno bardzo wiele. Nowe myślenie o edukacji zatacza coraz szersze kręgi, coraz więcej dorosłych poddaje krytycznemu namysłowi swoje myślenie o dziecku i jego potrzebach, weryfikuje jakość swojego kontaktu z dzieckiem i decyduje się na odejście od niczym nieuzasadnionych praktyk na rzecz rozwiązań podyktowanych wnioskami płynącymi z naukowych badań. 

Dlaczego nie nauczycielki i nauczyciele?

Z drugiej strony na ścieżkę zmian wchodzą tylko nieliczni i tylko ci, którzy mają odwagę bycia wrażliwymi. Pozostali tkwią w systemie po kokardę. Mocną metaforą systemu posługuje się Jarosław Gibas, który każdy system porównuje do wiadra, i który twierdzi, że aby wyjść z wiadra, trzeba… urosnąć. Urosnąć, czyli wejść na ścieżkę rozwoju. Nie jestem optymistką. Rozumiem, że w szkole trudno jest nadążyć za kolejnymi rozporządzeniami ogłaszanymi z dnia na dzień, nowymi procedurami i nowymi formułami starych egzaminów, i że w związku z tym na rozwój pozostaje niewiele przestrzeni. Poza tym jako nauczycielki i nauczyciele zakładamy skorupę, żeby przestać czuć. Mało tego, musimy tak robić, żeby chronić siebie, żeby przeżyć w opresyjnym systemie (B. Brown), w którym na co dzień pracujemy przecież na krawędzi emocjonalnej, zdani jedynie na siebie i pozbawieni jakiegokolwiek wsparcia. Nie oskarżam, uruchamiamy takie mechanizmy nieświadomie. W konsekwencji w sposób nieświadomy nadużywamy władzy jaką daje nam pozycja na drabinie. Narzędziem w naszych rękach jest przemoc (nic osobistego, mam na myśli przemoc instytucjonalną, uważam, że systemowo jesteśmy wrobieni we współudział). Zmierzam do tego, że niezbędnym warunkiem początku zmiany osobistej nauczyciela lub nauczycielki jest uzyskanie takiego wglądu, który pozwoli na przyznanie się przed sobą i światem, że to, co robię z takim oddaniem i przez szereg lat po prostu nie służy dzieciom. Takie rozpoznanie boli. Dlatego tylko nieliczni dokonują bilansu zysków i strat i decydują się z tym mierzyć. Zdecydowana większość nie ma poczucia sprawczości, chowa się za przekonaniem, że zawsze tak było i podejmuje jedynie jakieś działania pozorowane, na miarę pudrowania trupa, albo z malowania wzorków na wiaderku. 

Z tego też powodu nie mam złudzeń. Moim zdaniem zbyt mało nauczycielek i nauczycieli zdobędzie się na odwagę, zdecydowana większość pozostanie w wiadrze i mniej lub bardziej świadomie będzie wspierać system. Chciałabym się mylić.

To może rodzice?

Potem w swojej cielęcej naiwności myślałam, że inspirować do zmiany mogą rodzice. Rodzic to przecież nie tylko specjalista od pieluch i prasowania koszulek na wf. Wśród rodziców jest wielu ekspertów z różnych dziedzin, są pracownicy naukowi, psycholożki i psycholodzy, psychoterapeutki i psychoterapeuci, są pracodawcy, pracownicy różnych szczebli, przeważnie dobrze wyszkoleni w swoich miejscach pracy z takich obszarów jak chociażby komunikacja interpersonalna czy praca w zespole, są osoby bardzo mocno zaangażowane w rozwój osobisty, propagujące rodzicielstwo bliskości, porozumienie bez przemocy czy model wychowania inspirowany podejściem Jespera Juula. Wydawało mi się, że zderzenie tych dwóch światów po prostu musi doprowadzić do wymiany doświadczeń i w konsekwencji do rozwoju. Dużą szansę widziałam w tym, że rodzice znają świat poza wiadrem, w związku z tym łatwiej przyjdzie im zidentyfikowanie i ponazywanie toksycznych mechanizmów. Wydawało mi się, że rodzic może napisać np. list otwarty, albo podpowiedzieć tytuł jakiejś książki z obszaru nauronauk, albo zanieść komplet książek do gabinetu dyrekcji, albo zorganizować konferencję i zaprosić nauczycielki i nauczycieli, albo zorganizować debatę na temat średniej ważonej, albo zaangażować się w działania Rady Rodziców, albo wesprzeć dyrekcję w rezygnacji z zadań domowych i np. zaproponować pomoc przy przeprowadzenie na ten temat ankiety wśród rodziców, albo… (tutaj wpisujcie proszę swoje działania). Borze szumiący, ja naprawdę tak myślałam. A potem dowiaduję się, że listy otwarte to listy bez echa, pani nie ma programu na komputerze, żeby przeczytać książkę, ale widziała już spis treści, książki w gabinecie dyrekcji zalegają i zbierają kurz, konferencja bardzo ciekawa, szkoda tylko, że to weekend, debata się odbyła, a średnia ważona i tak świetnie się miewa, Rada Rodziców w czasie pandemii nie istnieje, szkoła ma przecież większe problemy, a zadania domowe zadają nauczycielki i nauczyciele, nie dyrekcja, nauczyciel lub nauczycielka może więc jednej matce dać jedną ankietę do wypełnienia, a innej cztery, bo dwoje dzieci i komplet dla męża… no i nie było przecież ustalone kto, kiedy i w jaki sposób wyniki tej ankiety ogłosi…
Można więc nie wpuścić rodzica do wiadra? Można!

Poza tym jest jeszcze przecież cała rzesza rodziców sama wychowana twardą ręką, głęboko przekonana o korzyściach wynikających z wychowania do posłuszeństwa, czyli skutecznie blokująca każdą próbę zmiany.

Jeżeli nie dorośli to kto?

Potem wpadł mi w ręce artykuł o książce „Pedagogika uciśnionych“ Paula Freire, która w świecie należy do kanonu podstawowych tekstów z zakresu pedagogiki, a w szczególności pedagogiki emancypacyjnej. Od tego momentu nie mogę pozbyć się myśli, że zmiany mogą dokonać tylko uczniowie i uczennice, czyli grupa z najniższego szczebla folwarcznego porządku, że tylko oni mogą zmienić sposób postrzegania rzeczywistości, stawić czoła kulturze dominacji i odrzucić mity tworzone i rozwijane w starym myśleniu o szkole. Jednocześnie mam też taką refleksję, że ci młodzi są teraz w największym kryzysie wszechczasów, pozostawieni sami sobie, zamknięci w czterech ścianach, karmieni lękiem i niepewnością, skazani na połajanki za wyłączoną kamerkę i ustawicznie poddawani presji, bo przecież stać ich na więcej… Jak przedostać się zatem do wiadra i wspierać młodych? A może zaufać „sile bezsilnych“?

Czy jest jeszcze jakaś inna opcja? Czy może się wydarzyć coś, co przyspieszy zmianę w edukacji? Tak! 

Dużo dobrego może się zadziać, gdy połączymy siły i odkryjemy znaczenie słowa RAZEM, gdy dotrze do nas, że szkoła to nie tylko sprawa nauczycielek i nauczycieli, dyrektorek i dyrektorów i rodziców dzieci w wieku szkolnym, ale sprawa dosłownie każdego, bo to od jakości edukacji zależy dosłownie wszystko, od rozwoju społeczeństwa i wyznawanych w nim wartości po przeżywaną jakość życia na co dzień.  Do refleksji zmusza  Ogólnopolska Kampania Ewy Radanowicz „O co chodzi w szkole?” oraz propagowane przez nią hasło „Szkoła jest nasza!” Dużym krokiem w kierunku takiego myślenia o szkole jest cykl webinarów „Samorząd dla edukacji”. Jeżeli uda nam się pod tymi hasłami wprowadzić znaczenie jakości edukacji do debaty publicznej, zjednoczyć wokół tego tematu dosłownie wszystkich, z samorządami, seniorami i osobami bezdzietnymi włącznie, to jest szansa, że wtedy dokona się wielkie wyjście z wiadra i polska szkoła przestanie być kuźnią umysłów uciśnionych, stanie się natomiast kuźnią społeczeństwa obywatelskiego, postawi na rozwój potencjału i stanie się miejscem wzbogacającym życie. 

Niech się dobre rzeczy dzieją w edukacji. 

Dorota Trynks

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *