Życie to zmiana. Trudno o większy banał, prawda? Niezaprzeczalny truizm, dający się wywieść z termodynamiki. Problem w tym, że to stałe przeciwstawianie się entropii, będące samym sednem naszej egzystencji, jest niezwykle energochłonne i wyczerpujące; kiedy więc słyszę, że niechęć do zmian jest czymś dziwnym i niezrozumiałym, że pragnienie utrzymania homeostazy, małej życiowej stabilizacji ma koniecznie być czymś pogardzanym, nienowoczesnym i nielicującym z entuzjastycznym, i pożądanym wizerunkiem człowieka, to wiem, że mam do czynienia z osobą niedoświadczoną, najemnikiem w korporacji, która go jeszcze nie przeżuła i nie wypluła, z trenerem “psychologii pozytywnej” lub, najzwyczajniej w świecie, z głupcem.

Taki dość naturalny i powszechny brak afirmacji dla zmian w wymiarze osobistym, indywidualnym stoi nieraz w rażącej sprzeczności z oczekiwaniem rozmaitych metamorfoz w życiu społecznym, zbiorowym. Jest wielu ludzi, którzy, odczuwając ogromne opory przed zmianą systemu operacyjnego we własnym laptopie, nie widzą żadnego problemu w antycypacji zmian globalnych, które z przyczyn zupełnie abstrakcyjnych, a nieraz w ogóle nieuświadomionych, miałyby pozytywnie przełożyć się na ich dobrostan. Becket wpadł na to już pod koniec lat czterdziestych ubiegłego wieku.

Mierzenie

Przykładów ilustrujących ten fenomen jest całe mnóstwo. Ludzie odczuwający zrozumiałe obawy przed zmianą pracy, samochodu, czy remontem mieszkania, w życiu publicznym usilnie oczekują cudownych, dalekosiężnych zmian z dnia na dzień. Wierzą na przykład, że dzięki “dobrej zmianie” pracy nie będą musieli zmieniać, ich samochód przestanie się psuć, a na nowy wystrój mieszkania znajdą się jakieś pieniądze+. Podobne nastawienie dotyczy także kwestii interesującej mnie profesjonalnie, tzn. zmian w edukacji. Szeroko pojęty podmiot oświaty publicznej spodziewa się, że jakieś bliżej nieokreślone, “od proroków ogłoszone”, przez ministrów obiecywane (permanentnie) i niespójnie wprowadzane przemiany, w cudowny sposób przemodelują system, który im nie odpowiada (z definicją tej nieodpowiedniości mają na ogół spore kłopoty) i z tego niebudzącego pożądania Kopciuszka, uczynią miłą dla oka (rozumowi już niekoniecznie) królewnę. Postawy reprezentowane przez bohaterów najsłynniejszego dramatu Becketa nadal znajdują zwolenników, niedostrzegających ich absurdu.

Jedni nazywają to życiowym optymizmem, ja obstaję przy mianie pospolitej głupoty. Takie rzeczy po prostu się nie zdarzają, mimo zapewnień rozmaitych, zgrywających wieszczów, becketowskich chłopców. Pozytywnie na ogół postrzegany optymizm wynika z biologicznie uzasadnionego oportunizmu, który sprawdza się doskonale w skali kilunastoosobowej hordy, spodziewającej się nadejścia wiosny po przedłużającej się zimie, ale ma się nijak do konkurujących ze sobą, wielomilionowych społeczeństw i wyzwolonych tą konkurencją sprzecznych dążeń. Ludzka małpa najczęściej nadal trzyma łapę w słoiku, jeszcze długo po konstatacji, że zaciśniętej na smakołyku pięści nie da rady wyciągnąć. Niby już wie, że musi pomyśleć nad innym rozwiązaniem, ale zdaje sobie również sprawę, że będzie to miało cenę w postaci poświęconego czasu i wydatkowanej energii. Doskonale rozumie, że kiedyś będzie musiała to zrobić, ale trzymanie łapy na nagrodzie jest przyjemniejsze i bardziej optymistyczne od tego rozumienia, dlatego też wypróbuje wszystkie możliwe ułożenia pięści, zanim pójdzie poszukać patyka, by nagrodę w końcu wydłubać.

Ze zmianami w edukacji jest dokładnie tak samo. Wszyscy zdają sobie sprawę, że żeby dokonać zmian, trzeba SIĘ zmieniać i to nieraz gruntownie, ale nikt (wbrew popularnej, bo usłużnej propagandzie, nie chodzi jedynie o nauczycieli) nie ma na to większej ochoty. Chętnie za to poczeka, aż jakieś zmiany nastąpią – to świat ma się zmienić, tak, żeby mnie było wygodnie, ale przecież nie ja. W oczekiwaniu na te ZMIANY, zdecydowana większość stosuje wspomniane już strategie obmacywania nagrody na dnie słoika – działania pozorne, atak będący najlepszą formą obrony, ucieczkę do przodu, itd., itp. W przypadku nauczycieli, odpowiednio będą to nic nie wnoszące szkolenia, delegacje na konferencje o ZMIANIE i “innowacje”, kończące swój żywot w planach rozwoju zawodowego. W przypadku podmiotów niepodlegających presji formalnej (uczniów, rodziców), oswajanie zmian może nawet ograniczyć się do deklaracji poparcia i rytualnego mimetyzmu. Mówiąc krótko, najczęściej oportunistycznie oczekujemy na pozytywne efekty zmian, które przynosi los, umiejętnie grając na przeczekanie w przypadku zmian dotyczących nas samych. W wymiarze społecznym, jest to odpowiednik probabilistycznie daremnego czekania na korzystną mutację w genomie.  Jako tako rozumiejący mechanizmy biologiczne wiedzą, że większość mutacji jest (na szczęście) dla organizmu obojętna. Mutacje w danych warunkach korzystne i szkodliwe występują mniej więcej z tym samym prawdopodobieństwem i częstotliwością, z tym, że te letalne, z wiadomych względów, nie rzucają się w oczy. Być może z tego względu, większość jest skłonna wierzyć, że jakakolwiek zmiana w ich otoczeniu okaże się rychła i dobroczynna. To, że najczęściej takie oczekiwanie nie przynosi nic zadowalającego, zdaje się nie mieć na te liczące miliony lat strategie żadnego wpływu, a jednocześnie utwierdza oczekujących w przekonaniu, że bez krwawej rewolucji, bez zmian, które siłą wprowadzi się w upodobaniach często wyimaginowanych oponentów, żadnych pożądanych efektów się nie uzyska.

Z tego pata nie ma nie ma dobrego wyjścia. Chcąc być uczciwym, należy przyznać, że osobnicza skłonność do zmian jest co prawda cechą występującą w rozmaitym natężeniu, ale nie można oczekiwać, by okazała się dominującą (zwłaszcza w grupie wiekowej 50+, czyli reprezentatywnej dla nauczycielskiej profesji w Polsce). Jest to przyczyna, dla której oczekiwanie na jakieś pospolite ruszenie, dokonujące radykalnych zmian w systemie oświatowym należy uznać, delikatnie rzecz ujmując, za naiwność i stratę czasu. 

Ponieważ zachowawczość uznaję za w pełni usprawiedliwioną i zrozumiałą (jeśli nie w wymiarze zawodowym, to już w psychologicznym i biologicznym z pewnością), zastanawiam się nad mechanizmem, który zmiany wprowadza, choć czyni to powoli i niepostrzeżenie dla większości. Jest to oczywiście ewolucja, a raczej coś, co w wymiarze społecznym można uznać za jej przybliżenie, bo przecież na ogół nie godzimy się już na dyktat środowiska i nie mamy do dyspozycji zbyt wiele czasu. Czynnikiem napędzającym ewolucję (zmiany biologiczne i społeczne) jest owo środowisko, jedynym więc skutecznym sposobem pobudzenia, czy wręcz wymuszenia ewolucji szkoły, w skali zbliżonej do podobno powszechnie pożądanej (pamiętajmy, że z definicji jest to proces bezkierunkowy), jest dążenie do zmiany środowiska, w którym ona funkcjonuje.

Nie dla wszystkich, czekających na tę sobotę edukacyjnych zmian, czy to na kamieniu, pod drzewem, czy przy drodze, jest to jasne.

Sterowana ewolucja nie jest jakoś wybitnie oryginalnym pomysłem, wręcz przeciwnie, co nowy czarnek w środowisku zaistnieje, to nowy zestaw dotąd nieobecnych w tymże środowisku czynników jego pobudzania proponuje. Nieuchronność niepowodzenia wszystkich tych misji wynika z tego, że zamiast zapewnienia sprzyjających zmianom warunków, wszystkie czarnki dążą do rewolucji, czyli czegoś, co ma mieć z góry określony kształt, zgodny oczywiście z widzimisię dowolnego czarnka i jego partii, a co jest zupełnym przeciwieństwem ewolucji, nawet tej wspomaganej. Skutki takich dekretów obserwujemy od lat – ich cel propagandowo-polityczny zostaje na ogół osiągnięty, podczas gdy środowisko broni się przed rewolucjami biernym oporem i pozorowaniem realizacji ich haseł. Z obecnym Czarnkiem nie będzie inaczej.

Często można usłyszeć opinię, że szkołę można skutecznie zmieniać jedynie oddolnie, z poziomu klasy. Przychylam się do niej, ale z jednym zastrzeżeniem: Tym sposobem skazujemy się na rolę buntowników i wallenrodów, którzy wywołują efekty jednostkowe i tymczasowe, często niewpływające zasadniczo nawet na pojedynczą szkołę – ot, dwa, czy trzy roczniki będą miały szczęście czegoś się nauczyć w jakiejś dziedzinie, zanim ten, czy ów harcownik wypali się zawodowo, widząc bezsens i nieopłacalność swoich poczynań. Jego rozczarowanie nie wynika nawet ze śladowego zasięgu wysiłków, ale ze świadomości, że z 99% prawdopodobieństwem zostaną one zaprzepaszczone przez tych, którym już od dawna nie chce się wychodzić przed szereg lub olane przez samych beneficjentów, którzy często nie widzą najmniejszego powodu, dla którego mieliby robić w szkole cokolwiek. Środowisko, którego wszystkie nisze pozbawione są bodźców kształtujących potrzeby, deprawuje wszystkich uczestników, sprawiając, że raz obrana strategia “na przetrwanie” okazuje się jedyną skuteczną i pożądaną. Pojedyncze mutacje, pojawiające się tu i ówdzie, od czasu do czasu, w sposób zupełnie przypadkowy i niezorganizowany nie mają szans wpłynąć na całokształt – nie ma żadnej presji, która by je faworyzowała. Stanowią jedynie kosmetyczną warstwę lukru na wyrobie czekoladopodobnym – sprawiają, że pozoranctwo, chciejstwo i pustosłowie zyskują rację bytu. Uwiarygodniają je, stając się doraźnym przykładem pozytywnych przemian.

Oczywiście nie oznacza to, że wobec nieskuteczności ręcznego sterowania i niedostatku mutacji, ewolucja systemu się zatrzymała. Postępuje, ale, jak na wymagania współczesnego człowieka, którego dziś denerwuje nieco wolniejsze niż zwykle otwieranie się stron internetowych, zdecydowanie zbyt powoli i, co ważniejsze, niekoniecznie zgodnie z jego wyobrażeniem o zmianach pożądanych, a przecież możliwe, że zupełnie odmiennych od oczekiwań sąsiada.

Nadziei na czynnik wyzwalający i pobudzający ewolucję w oświacie (maniacko podkreślam, że w kierunkach dowolnych, współistniejących i konkurujących) nie upatrywałbym więc ani w żadnym wybitnym czarnku, ani też w czających się w nauczycielskich pokojach partyzantach.  Strategia “róbmy swoje” (którą sam z niejakim powodzeniem stosuję) może być efektywna jedynie w niewielkim stopniu i głównie w wymiarze osobistym. Jako tako chroni zdrowie psychiczne i daje absolutne minimum satysfakcji z własnego działania oraz nieco motywacji do dalszego użerania się o istotność stosowania przedimków. Niestety, nie broni przed frustracją spowodowaną miałkością edukacji i jej paradoksalną adekwatnością do przeciętnych oczekiwań, które nijak się mają do deklaracji ministerstw oraz samych rzekomo zainteresowanych zdobywaniem wiedzy, a tak naprawdę, czekaniem nie wiadomo na co. 

Zmierzam do przykrego wniosku, że ewolucja systemów oświaty nie postępuje w jakimkolwiek, teoretycznie pożądanym kierunku (przypominam, że, w przypadku ewolucji, na określony kierunek możemy jedynie mieć nadzieję), bo społeczeństwa po cichu, niejawnie i wstydliwie, zasłaniając się polityczną poprawnością, zrezygnowały z tego, wydawałoby się oczywistego wymogu pozyskiwania rzetelnej wiedzy, który, bez dłuższego namysłu, wymieni jako podstawową funkcję szkoły pierwszy zapytany o to przechodzień. Dopóki celem oświaty było uwalnianie świata od analfabetyzmu, a potem zaspokajanie rosnących ambicji ludzi dotąd edukacji pozbawionych, dopóki miała ona wymierny wpływ na ludzką egzystencję, dawała realny awans społeczno-ekonomiczny i łączyła nadzieję na lepszy, doskonalszy świat z wiedzą i postępem intelektualnym, systemy oświatowe ewoluowały pod presją zjawisk zachodzących w świadomości i uaktualnianego postrzegania świata. Odkąd niektórzy otrąbili “koniec historii”, a szczytem intelektualnego wyrafinowania obwołano bliżej niezidentyfikowane, wyizolowane z kontekstu „kompetencje społeczne”, a realne umiejętności i wiedzę zepchnięto na margines zainteresowania, obserwujemy stagnację i niemożliwość wyjścia z obsypującego się grajdoła środowiskowej świetlicy.

Nie mam nic przeciwko prawdziwym świetlicom, wręcz przeciwnie, boleję nad ich zapaścią. Nie dziwię się jednak temu procesowi, gdyż, zgodnie z logiką ewolucji, prawdziwe świetlice i inne przybytki tego rodzaju zostały ze swojej niszy wyparte przez bardziej uniwersalnego, a przez to silniejszego konkurenta, którym, dzięki utożsamieniu możliwości zaistnienia pewnych zjawisk uznanych za pożądane z samymi tymi zjawiskami, stało się szkolnictwo powszechne. Upragniona ewolucja zachodzi, ale jak to bywa w ubogich ekosystemach, bardzo szybko doprowadza do maksimum entropii układu – odkąd szkole odpuszczono funkcję edukacyjną sensu stricte, ma ona czas i moce przerobowe, by swój podmiot zbawiać, zabawiać, fałszywie dopieszczać i przynajmniej deklaratywnie zastanawiać się nad wszelkimi jego potrzebami, które dotąd musiały być zaspokajane przez szereg innych instytucji. Ktoś, urzeczony tą wszechstronnością, mógłby zakrzyknąć Brawo ty!, ale powinien przy tym pamiętać, że ewolucja, jak już kilkukrotnie zaznaczałem, jest procesem nieposiadającym celu i kierowanym bezwzględnym bilansem termodynamicznym, z którym ludziom, jako istotom obdarzonym wolną wolą, ambicjami i determinowanym celowością działania, rzadko jest po drodze. Tak też jest w przypadku współczesnej oświaty publicznej, choć niewielu jeszcze ludzi, spacyfikowanych i rozleniwionych stosunkowo wygodnym, pozbawionym kategorycznych wyzwań życiem, to spostrzegło. Jesteśmy w krytycznym momencie, na granicy między czymś, co jeszcze może uchodzić za szkołę, a wyłożoną pianką ochronką dla dzieci, które co prawda kochamy, ale paternalistycznie uznajemy za nieco niedorozwinięte. Wydaje się, że większość oczekuje już tylko więcej pianki. I to już w najbliższą sobotę. Albo inny poniedziałek.

Czy, jeszcze zanim świadomość tego faktu zaniknie zupełnie, poza ministrem-cudotwórcą, jego politycznie koniunkturalnym zapleczem i konferencjami zmieniaczy istnieje jakiś game-changer, który byłby w stanie popchnąć ewolucję systemu w kierunku innym, niż obserwowane, interesowne zagłaskiwanie, upupianie rzekomego podmiotu i pozbawianie go resztek samodzielności? Niestety, nie wydaje mi się, by mógłby to być delikatny breath of fresh air, jak często, na granicy egzaltacji, określają wzajemnie swoje działania rozmaici prorocy nowego. Ich pozbawiona oparcia w realiach afektacja trwa już od kilku dziesięcioleci i, mimo dość zasadniczych przemian w postrzeganiu siebie samego przez społeczeństwo, nie doprowadziła do niczego, co mogłoby choćby udawać, że jest bardziej efektywne od słusznie minionego behawioryzmu. Pojawiają się nawet głosy, że taka efektywność to też relikt wywodzący się z kapitalizmu i neoliberalizmu, a więc na pohybel jej. A kiedy media entuzjastycznie donoszą, że w imię wolności i lepszego jutra, niektóre demokratyczne społeczeństwa, jak zawsze w awangardzie postępu, mają za chwilę wejść na drogę prohibicji (zakaz zarówno palenia tytoniu, jak i spożywania alkoholu), to mam wrażenie, że nie jest to bez związku z postępującą ideologizacją systemów edukacyjnych, które z politycznej poprawności uczyniły pretekst  zarazem narzędzie do pozbawiania ludzi zarówno resztek mózgu, jak i samostanowienia oraz jakiejkolwiek odpowiedzialności za siebie i współobywateli. Wychodzi na to, że potrzebny jest nie powiew, ale huragan oddech odbierający, zmuszający do szukania rozwiązań, leżących poza utartymi ścieżkami politycznej poprawności, prowadzącymi dziś komfortowo do aksamitnego zamordyzmu, a jednocześnie do intelektualnego uwiądu, zwiotczenia kręgosłupa jednostki i zapaści postaw obywatelskich. Oby tym „huraganem” nie był jakiś społeczny paroksyzm, brunatna, czy czerwona rewolucja, ani wojna, nie wydaje się jednak, podobnie zresztą jak to zwykle bywa w przypadku ewolucji biologicznej, by był to jakiś proces przebiegający łagodnie i niepowodujący przykrych niespodzianek i konsekwencji dla wielu klientów dzisiejszej oświaty świetlicowej.

Znacząca, mentalna zmiana, która doprowadziła do obecnego zaniku potrzeby wiedzy, edukacji sensu stricte, a wypromowała i oficjalnie wprowadziła na salony samozachwyt, chciejstwo, populizm w wielu odmianach, lekceważenie faktów i upodmiotowienie głupoty, wbrew pozorom też nie była wynikiem zjawisk błahych i niezauważalnych, a tym bardziej jakiegoś przebłysku społecznej świadomości. To, co niepoprawni w swej naiwności edukacyjni zmieniacze (i im podobni trendsetterzy innych dziedzin) powszechnie uważają za przejaw dojrzałości społeczeństwa, jego nowoczesności, odmienności od minionych pokoleń i dążności do wyrwania się z obmierzłych okowów ograniczających je realiów było tak naprawdę reakcją na dobrze znany czynnik – dojmujący strach przed nieznanym. W skali globalnej byliśmy i jesteśmy świadkami uśrednionej reakcji, podobnej do tej, która od zawsze cechuje jednostki i społeczności o najmniejszej świadomości i wpływie na swoje losy – odcięcia się od nadmiaru bodźców, których bardzo wiele z nich nie jest w stanie przetworzyć i spożytkować. Dla nich wyjściem jest samoizolacja i niedopuszczanie do kontrowersji. Tak właśnie, w większości sytuacji, ludzka małpa zareagowała na upadek sowieckiego imperium, przełom informatyczny i globalizację. Z jednej strony, niejako mimochodem, zaowocowało to szeregiem zmian, których nikt nie zawaha się nazwać postępowymi i sprzyjającymi wolności jednostki; z drugiej, w ogromnej skali, sprowokowało reakcje ksenofobiczne, wzmogło tendencje i ruchy antyintelektualne oraz żądania zapewnienia bezpieczeństwa nawet za cenę świeżo uzyskanej wolności. Sytuacja bytowa poszczególnych ludzi mogła nie zmienić się zasadniczo, ale raptem uzyskali oni świadomość, że żyją w bardzo złożonym świecie. Dla zdecydowanej większości była to wiedza nie do zniesienia. Poza prymitywnym izolacjonizmem politycznym, jedyną dostępną obroną było zamknięcie własnych oczu i zatkanie uszu – nagle, jedną z docenianych i uznanych strategii przetrwania stała się ucieczka od niejednokrotnie gorzkiej wiedzy, świadomości ogromu wyzwań, które ta wiedza niosła, ucieczka w swojską przaśność, swojskość, nieufność wobec wszelkich autorytetów wiedzą się posługujących, lenistwo i pogardę dla twardych kompetencji, a wszystko to maskowane i usprawiedliwiane na nowo odkrytym „humanizmem”, rzekomą równorzędnością wszystkich narracji i dbałością o z dnia na dzień wysubtelniałą psyche.

Ten trend nadal trwa, ale jeżeli komuś marzy się jego odwrócenie i ewolucja wielokierunkowa, charakterystyczna dla gatunków i systemów prężnych i ekspansywnych, ciekawych nowych nisz i habitatów, pocieszającą może być myśl, że, ze względu na postępującą jej komplikację, obserwowana rzeczywistość będzie coraz mniej stabilna i być może oczekiwany katalizator już istnieje, a my go po prostu nie dostrzegamy. Być może jest nim epidemia, która wydaje się nas hamować, ale może jednocześnie wywołać inne konsekwencje, których się zupełnie nie spodziewamy i nie potrafimy jeszcze przewidzieć. Najpewniej nie będzie to jednorodny, potężny i tragiczny w skutkach czynnik, podobny „Czarnej Śmierci”, która nieodwracalnie przeorała ekonomię i mentalność społeczeństw Europy Zachodniej, ale z dużym prawdopodobieństwem już zainicjowała tendencje, które nazwać i ocenić będzie można dopiero za kilkadziesiąt lat.

Niezaprzeczalne istnienie takich i podobnych katalizatorów historii, a jednocześnie ich znikoma rozpoznawalność i zerowa sterowalność kompromitują dwa istotne rysy charakterystyczne ponowoczesnego mainstreamu. Dezawuują zarówno masowe oczekiwanie na mające się dokonać tu i teraz, jedynie właściwe i słuszne zmiany (także w interesującej nas edukacji) oraz zapędy rozmaitych zbawców, swoje rewolucje i recepty na całe (w tym szkolne) zło raz po raz ogłaszających. Jednocześnie zadają kłam optymistycznym filozofiom sprawczości, które nie licząc się z ludzką naturą i ewolucją, postulują i obiecują wyzwolenie spod wpływu takich czynników i nawołują do ich kontrolowania mocą upodmiotowionego chciejstwa. 

Niestety, rozmaite kryzysy, i te naturalne (coraz ich mniej), jak i te celowo, choć bezrefleksyjnie wywoływane, są jedynym prawdziwym motorem zmian i nigdy nie mogą być kontrolowane. Istnieje za to niewielka, bo niewielka, ale jednak zawsze jakaś szansa na to, że mogą przynieść klimat sprzyjający zmianom liberalnym, realizującym bardzo różnorodne oczekiwania. Wszystkich vladimirów i estragonów edukacji, a także wszystkich mających się za mądrzejszych, ministerialnych pozzów i mimowolnie służących im lucky’ch uprzedzam jednak, że ewolucja jest nieprzewidywalna i jej wytwory w żaden sposób nie muszą przypominać ich bieżących wyobrażeń o kształcie oświaty. Na ich miejscu, przerwałbym oczekiwanie na Godota, którego codziennej obecności nie są w stanie nawet spostrzec, porzuciłbym ambicje zaprowadzenia szczęścia powszechnego, a optymizm ograniczyłbym do nadziei, że czymkolwiek Godot jest (dla mnie, ewolucją), w następnym cyklu swoich odwiedzin doprowadzi raczej do zróżnicowania nisz edukacyjnych, niż do kolejnej monokultury, podporządkowanej dowolnej ideologii. Oby taka faza rozwoju naszej cywilizacji nadeszła i trwała jak najdłużej. Czego sobie i Państwu życzę z okazji tradycyjnie oczekiwaniu zmian sprzyjającej, czyli nadejścia Nowego Roku.

Robert Raczyński

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.