Czytałam niedawno kryminał „Znalezione nie kradzione” Stephena Kinga. Przeplatają się w nim dwie historie: młodocianego zbrodniarza, który pod koniec lat siedemdziesiątych zabija swego literackiego guru

Kradnie mu oszczędności, ale przede wszystkim notatniki z niewydanymi utworami i ukrywa je, zamierzając sprzedać w bezpiecznych czasach oraz nastolatka, który w samym środku kryzysu gospodarczego pod koniec pierwszego dziesięciolecia XXI wieku odnajduje ukryte notesy i, cóż, dorasta z ich zawartością, która zaczyna go kształtować (i oczywiście z brzemieniem winy, bo chłopiec to pozytywny bohater, więc  zdaje sobie sprawę, że skarb był zaiste piracki). 

Wierzę, że niejeden rodzic czytający powieść Kinga uśmiechnął się z rozczuleniem nad fragmentami opowiadającymi o żarliwej nastoletniej egzegezie utworów wyobrażonego giganta amerykańskiej literatury. Bo dla Kinga powieściowo wiarygodne jest, że współczesny nastolatek mógłby traktować tekst jak skarb, żyć z nim, obracać go w głowie, dojrzewać do kolejnych, coraz głębszych odczytań. I to nie tekst komercyjny, sezonową literacką wydmuszkę, a dzieło wykraczające miarą poza literaturę popularną. 

W powieści pojawia się też nauczyciel, ten pierwszy dobry nauczyciel, który ma prawdziwy talent do uchylania uczniom drzwi prowadzących do literackich światów. „Nie rozpali ten, kto sam nie płonie” – taka mogłaby przyświecać mu dewiza.

A jednocześnie z wyrozumiałością i niewymuszonym spokojem człowieka pewnego swych przekonań traktuje on młodzieńcze „ale nuda”. Bo wie, że książka musi zapuścić korzenie w czytelniku. On musi znaleźć w niej coś, co będzie ważne właśnie dla niego. Nie dla rodzica, nie dla nauczyciela i nie dla zbiorowości, której zależy na transmisji wartości.  

Można przełknąć książkę i nie chcieć się nią dzielić

O to samo apeluje Grzegorz Leszczyński: abyśmy nie stosowali podwójnych standardów w podejściu do młodych czytelników. Sobie przyznajemy prawo wyboru, którego odmawiamy niedorosłym. Tymczasem gust kształtuje się poprzez wielokrotne akty wyboru. Lubi wyłącznie fantastykę? Zanim ocenimy ten wybór, zastanówmy się, czego dziecko w niej szuka i co znajduje. Nie lubi fabuł, preferuje książki popularnonaukowe? Być może rozwiązaniem będzie połączenie jednego i drugiego. Odrzuca dziecięcą klasykę z naszej młodości? Być może książka jest obca na każdym poziomie – od słownictwa  i składni począwszy, na wizji świata skończywszy. Nie lubi czytać? A kiedy nas widziało z książką, pogrążonych  w zachwycie? Zachwyt nie musi być głośny, jak mówi Daniel Pennac. Można przełknąć książkę i nie chcieć się nią dzielić. Może ona natomiast w ciszy dojrzewać w dziecięcym czytelniku.   

Alicja Szyguła

Polonistka, księgarka, recenzentka literatury dziecięcej, twórczyni bloga „W Nieparyżu”. Wieloletnia współpracowniczka „Rymsa”. Współautorka książki „Wspólne nie znaczy niczyje”. Początkująca ogrodniczka i naturofilka. 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *